sobota, 18 marca 2017

Rozdział 6: Niewolnik

 Na początek: minuta ciszy dla poległego tabletu graficznego. Walczył dzielnie, służył lojalnie, odszedł z godnością. Q____Q *Wciąż ubolewa nad stratą*.
No, w końcu się wzięłam i w końcu mniej więcej w klimaty Drogiego wróciłam, także... jak ktoś na to czekał, to łapać nowy rozdział, trochu się nad nim nasiedziałam, bo kompletnie nie mogłam rytmu złapać. x-x Raczej średnio mi to wyszło, bo przynudzające rozkminy bohaterów i te sprawy... no i nadal obstawiam na ilość, nie długość rozdziałów, dlatego akcja tak się wlecze. X"D
Miłego czytania życzę! :)

***

– Czego konkretnie miałeś nie robić? – Dyrektor oparł łokcie na blacie biurka i zerknął ostro na siedzącego tuż przed nim, Bonnie’ego.
– Nie wdawać się w bójki, zwłaszcza z Foxym, nie denerwować nauczycieli, nie uciekać z lekcji i starać się omijać dyrektorski dywanik szerokim łukiem – wyrecytował znudzonym głosem, wywracając przy tym  oczami.
– A ty co zrobiłeś? – Fazbear odchrząknął wymownie, w odpowiedzi na ten mało kulturalny gest.
– Wdałem się w bójkę, zdenerwowałem pana Springtrapa, uciekłem z jego lekcji i ostatecznie wylądowałem tutaj… – Uczeń westchnął ciężko i spróbował oprzeć się wygodniej o drewniany zagłówek krzesła.
Mebel jak średniowieczne narzędzie tortur, minęło pięć minut, a jego tyłek czuł się, jakby ktoś namiętnie wsadzał mu przez ostatnią godzinę wyjątkowo gruby kij w dupę, uprzednio obsmarowawszy mu pośladki miodem i wystawiwszy je na łaskę lub niełaskę Kubusia Puchatka.
Owszem, trafił tutaj jeszcze na początku lekcji, ale Fazbear miał jakieś zebranie i sekretarka kazała mu siedzieć w poczekalni cholerne trzy godziny. TRZY GODZINY! Od dwóch mógłby być już w domu, gdyby nie zwiał z tej cholernej fizyki.
– No właśnie. Powiedz, co ja mam teraz z tobą zrobić? Nie wygląda to za ciekawie, panie Bonnie. – Dyrektor pokręcił głową i przysunął sobie pod nos jakieś papiery, na moment zawieszając na nich wzrok, a następnie podnosząc go na siedzącego po przeciwnej stronie blatu biurka, ucznia.
– Ja wiem, że słabo wyszło… i że jestem kandydatem do wyrzucenia z tej szkoły, ale proszę uwierzyć, że mi serio zależy, żeby tutaj chodzić, a ta sytuacja z dzisiaj… to jedno, wielkie nieporozumienie! – zapewnił szybko. – Dla pań sprzątających ta sytuacja z Jack-O-Bonniem mogła wyglądać kompletnie jednoznacznie i niezaprzeczalnie na moją winę, ale serio, ja i Foxy chcieliśmy tylko pomóc temu małemu… jak mu tam… no, temu pierwszoklasiście, bo go zaczepiał!
– Ach tak… i jesteś w stu procentach pewien, że jeżeli poproszę do siebie innych uczestników tej bijatyki, to potwierdzą twoją wersję wydarzeń? – Freddy uniósł powątpiewająco brwi.
– Poza Jackiem, który pewnie będzie kłamał… to tak. Raczej tak. – Chłopak przytaknął, choć trochę niepewnie. O ile nie wątpił, że ten mały blondas by go poparł, o tyle ciekawym było, co by powiedział rudy, gdyby dyro go poprosił. Kłamałby, żeby pozbyć się rywala, czy wręcz przeciwnie, pomógłby mu?
– Rozumiem. – Fazbear splótł ze sobą dłonie i ułożył je na swoim brzuchu.
Przez krótki moment trwała między nimi kompletna cisza, dyrektor nad czymś rozmyślał, a Bonnie nie był pewien czy czekać, aż mężczyzna raczy się odezwać, czy spierdalać póki nikt mu jeszcze nóżek z dupy nie powyrywał.
– Mogę już…? – zaczął licealista, ale Freddy uniósł dłoń, nakazując mu być cicho.
– To twoja ostatnia szansa, Bonnie. Jestem aż nadto pobłażliwy i wiecznie cię kryć nie będę. Biorąc pod uwagę okoliczności bójki, mogę przymknąć oko na nią, a nawet tą ucieczkę z lekcji. Ale zadzwonię do twoich rodziców, poinformuje o całym zajściu i poproszę ich na rozmowę – zadecydował Fazbear. – Możesz już iść, ale żeby mi to było ostatni raz, zrozumiano?
– T-tak panie dyrektorze! – Chłopak zająkał się lekko, nie mogąc pojąć cóż to za siła nad nim czuwała, że mimo tylu wykroczeń i notorycznego łamania regulaminu szkoły, dyro kolejny raz postanowił dać mu szansę.
Uczeń wstał, pożegnał się kulturalnie i wyszedł z gabinetu Freddy’ego, kierując się do wyjścia, bo dwie godziny ze Springtrapem były jego ostatnimi lekcjami w tym dniu. Żeńska część klasy Bonnie’ego nie miała tyle szczęścia. Panie czekały jeszcze dwie godziny wychowania fizycznego.
Chłopak wypadł z budynku jak huragan i od razu skierował się w stronę parku. Przejście przez niego było najszybszą drogą do domu rudego, u którego planował zabunkrować się na resztę dnia, jako że jego rodzina mniej więcej znała adresy znajomych, z którymi zwykle się trzymał. Wolał nie wracać do siebie póki istniała realna groźba, że Fazbear zadzwoni do jego matki.
Napisał do rodziców krótkiego SMS-a, że nocuje u kolegi i żeby się nie martwili, po czym bezceremonialnie wyłączył telefon. Dobrze wiedział, że najpierw będą wydzwaniać z wątami, że poszedł na nockę w tygodniu i to bez książek na następny dzień, a później z krzykiem, dlaczego dyrektor znowu prosi ich do szkoły.
Ta, już raz udało mu się odczuć rodzicielski gniew. To było wtedy, gdy po raz pierwszy zawisła nad nim groźba wywalenia z budy. Wolał nie przechodzić przez to ponownie.
Doskonale wiedział, gdzie mieszka Foxy. To już nawet nie była kwestia Facebooka, po prostu pamiętał jego dom z czasów, gdy jeszcze się kolegowali w pierwszych miesiącach po zaczęciu podstawówki. Chata rudzielca stała tak jebitnie naprzeciwko rzeźby krasnala.
Poważnie. Po drugiej stronie ulicy, gdzie zaczynały się tereny zielone, stał ludzkich rozmiarów, ogrodowy krasnal odlany z brązu, na którego szyi powieszono tabliczkę: „Ku chwale poległych krasnali!”.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Nieco luźniej

Przez ferie miałam naprawdę dużo wolnego czasu. Czym to zaowocowało? Masą okazji do kompletnych odpałów. Kilkoma z nich chciałabym się z wami podzielić. xD

niedziela, 26 lutego 2017

Rozdział 10.5: Pan Pazurek

 Hah, jutro mi się ferie kończą, smutek. xux
Plan był, żeby ten bonus wrzucić razem z jedenastym rozdziałem Przepaści, ale wynikły drobne... zachwiania weny, nie wiem, kiedy go skończę, więc bonusa, gotowego od kilku dobrych tygodni, wrzucam już teraz.
Ogólnie Ewajra, moja znajoma, która wygrała konkursa na tematykę tego dodatkowego rozdziałka (w sumie tylko ona dała pracę, więc nie było w czym przebierać... x'D) zdecydowała, że główną parą ma być Chica i Mangle, co mi się w sumie ładnie z głównym wątkiem pokryło. Bonus nie jest +18, jako że Ewajka woli tą dwójkę w obszarze miłości platonicznej, więc by jej nie popsuć tej pary, ograniczyłam się jedynie do opisania ich krótkiej przygody, a nie scen łóżkowych.
SPOILER: tak, zgadliście, strach Chici przed kotami wynika z tego, że w animatronicznej wersji jest kurczakiem, a kotki na taką kurkę zapolować mogą, so... xD
No, nie przedłużam, miłego czytania życzę! :)

***

Chica z rosnącym przerażeniem wlepiała wzrok w tłustego, białego kota, którego Bonnie trzymał tuż przed jej twarzą. Aż dziw, że był w stanie unieść tą kupę tłuszczu tylko jedną ręką.
Zwierzak, mimo uroczej, czerwonej kokardki na szyi i bycia nieprzyzwoicie puchatym, wyglądał dla dziewczyny jak przesadnie gruba, międzygalaktyczna bestia. Taka rodem ze starych, niskobudżetowych filmów, wykonana w animacji poklatkowej. W końcu takie bestie są najstraszniejsze.
To więcej niż pewne, że ten mały sierściuch w myślach palił całe miasta swoim niecnym, wiecznie wnerwionym spojrzeniem, życząc ludzkości powolnej, wyjątkowo bolesnej śmierci. Ponad to koty miały niezdrowy nawyk pożerania ciał swoich wrogów… i to ją w nich przerażało najbardziej.
– Chica, błagam, zgódź się! – Bonnie wykrzywił usta w przysłowiową „podkówkę” i wlepił w nią proszące spojrzenie.
Jak tak na niego patrzyła, to dochodziła do bardzo słusznego wniosku, że w pracy powinien nosić uszy psa, a nie królika, bo to był idealny szantaż na „niesłusznie kopniętego szczeniaka”.
– A nie możesz poprosić kogoś innego? Wiesz… ja niezbyt mogę, mam już plany… – spróbowała się wykręcić, uciekając przed nim wzrokiem i drapiąc się nerwowo po policzku.
Przecież nie powie mu, że boi się kotów. Facet miałby z niej polewkę do końca życia!
– Nie mam już kogo! BonBon od początku weekendu siedzi u swojej tajemniczej cizi i znaku życia nie daje, Toy Freddy’ego i Toy Chici nie znam aż tak dobrze, żeby móc im powierzyć największy skarb mojej rodziny, Puppet zalega u ojca w innym mieście i pomaga w biznesie, Scott zajmuje się Vincentem, bo mu się ostatnio nieco pogorszyło, Mangle rozłączyła się sekundę po tym, jak do niej zadzwoniłem, a Fazbear ma uczulenie na kocią sierść, co automatycznie wyklucza też Foxy’ego, w końcu oni to jak papużki nierozłączki. Wiesz jakby mnie Freddy opierniczył, gdyby rudego obsiadły kłaki Pana Pazurka i automatycznie zrobiły im celibat do czasu ich anihilacji? – Westchnął głośno, kompletnie załamany.
– Bonnie… ja naprawdę nie mogę. – Blondyna pokręciła zdecydowanie głową.
– Proszę cię, Chica, to tylko kilka godzin! Pojadę szybko na to zdjęcie gipsu i zaraz wracam! Jak chcesz, to ci zapłacę! – zaoferował, uświadamiając sobie, że łapówka może pomóc jej w podjęciu decyzji.
– Nie, nie, nie chcę od ciebie pieniędzy! – zaprotestowała szybko. – Tak właściwie to Spring nie mógłby  z nim zostać? – zapytała, unosząc przy tym jedną brew w górę.
– Nie mogę. – Złotko przeteleportowało się do nich z salonu, wyminęło Bonnie’ego i stanęło tuż obok schodów. – Debil zrobiłby dramat na cały szpital, że mu rękę obetną. Jadę w charakterze podręcznego środka na uspokojenie.
– Przesadzasz… nie prościej byłoby powiedzieć: „Idę ci robić za wsparcie mentalne, bo się martwię o twoje piękne mięśnie”? – Bonnie zatrzepotał rzęsami, na co blondyn odpowiedział mu ledwo zduszonym, ociekającym ironią, śmiechem.

piątek, 24 lutego 2017

(Miniaturka AC) Dzień 4 cz.3 - Ochrona

 Tak, nie mam co robić po nocach. QwQ
Produkcję Przepaści na razie wstrzymałam, piszcie w komentarzach, czy chcecie ten bonus do niej już teraz, bo jest skończony, czy dopiero w pakiecie z jedenastym rozdziałem (który nie wiem kiedy skończę). xD Zamiast tego zajęłam się Drogim Nauczycielem, tyle, że on też mi coś nie idzie... chyba dopadło mnie załamanie, że ferie się kończą. ;-; No i dostałam okropnego parcia na AC, stąd kolejna miniaturka mimo braku rozdziałów prowadzonych opowiadań. ;3;
Życzę miłego czytania! :)

***

– Idź to wyrzucić, byle szybko! Dostałem pilną wiadomość, że wieczorem może wpaść do nas Rauf. Chcę, żeby było tu czysto zanim się zjawi – poinformował Malik, z lekkim obrzydzeniem odkrywając, że ponad połowa blatu jego biurka została brutalnie upaćkana nieznaną, lepką substancją, będącą najprawdopodobniej sokiem z jakiegoś owocu… a przynajmniej taką zarządca miał zarządca nadzieję.
– Rauf? Szermierka mu się znudziła, czy może aż tak się za mną stęsknił? – zaśmiał się nowicjusz, próbując jakoś przetransportować ogromny wór ze szczątkami po porannej niespodziance, na dach biura. Niestety, wyskoczenie z takim balastem przez świetlik graniczyło z cudem. – Swoją drogą, powiedział mi kiedyś, że seksownie wyglądam bez górnej części szaty, tylko w samych pasach i kapturze… co myślisz, Malik? – zapytał, stojąc pod wyjściem z budynku i zastanawiając się pod jakim kątem musiałby rzucić, żeby te wszystkie śmieci trafiły bezpiecznie na górę, a nie spadły i ochlapały całą podłogę. Ostatecznie uznał to za słaby pomysł, nawet mając obie ręce byłoby to trudnym do wykonania planem.
– … Serio ci tak powiedział? – Al-Sayf zmarszczył brwi i zerknął w kierunku kochanka. – Altaïr, czy on cię przypadkiem nie podrywał?
– Owszem. Kilka razy – przyznał zdegradowany mistrz, wzruszając przy tym ramieniem. – Ej, możesz mi z tym pomóc? – poprosił.
– Jak to kilka razy? I co z tym faktem zrobiłeś? – obruszył się zarządca, zostawiając w spokoju biurko i podchodząc do swojego partnera.
– Nic. Dobra, to tak: ja wejdę na górę, a ty mi to podasz – zadecydował asasyn i zręcznie wspiął się na dach.

sobota, 11 lutego 2017

(Miniaturka AC) Dzień 4 cz.2 - Blizna

No, w pakiecie do oneshota (który najlepszej jakości chyba nie był xux) jest tradycyjnie miniaturka!
Wiem, że może nie wracam z hukiem, potrzebuję nieco czasu, żeby od nowa przyzwyczaić się do w miarę regularnego pisania i wstawiania... cóż, trochę z rytmu mi się wypadło. X"D
Choroba mocno, gorączka mocno, szczerze to mam ochotę umrzeć, głowa boli jak nie wiem. X"D
Nie przedłużając, zapraszam do czytania! :)

***

Zarządca, mrużąc groźnie oczy, obserwował wyczyny swojego kochanka, który uzbrojony w miotłę, próbował ogarnąć bałagan po akcji z rana.
Altaïr zgodził się do tej czynności ubrać spodnie, które bez pasów tak naprawdę więcej pokazywały, niż zakrywały. Jak to ujął nowicjusz: „Nie chcę skąpić mojemu słońcu tych pięknych widoków!”. Szkoda tylko, że nie zapytał, czy Al-Sayf w ogóle ma ochotę cokolwiek oglądać po tym traumatycznym widoku Altaïrowego bufetu.
Dobrze, że chociaż dym z tych nieszczęsnych kadzideł udało im się w miarę szybko wywietrzyć.
– No dobra, jakoś to zaczyna wyglądać. – Szef biura oparł dłoń na biodrze i pokiwał z zadowoleniem głową. – A teraz włóż coś na siebie i idź wyrzucić te śmieci. Rany, żeby tyle jedzenia zmarnować.
– Malik, kocie, włożyć coś to ja mogę co najwyżej tobie – stwierdził asasyn z szarmanckim uśmieszkiem na ustach, na szczęście lodowate spojrzenie kochanka szybko go otrzeźwiło. Odchrząknął z lekkim zdenerwowaniem.  – Znaczy… jak sobie życzysz, miłości moja. Choć nie wiem, jak można odmówić sobie widoku mojego cudownego ciała – dodał, dobrze wiedząc jak Malik nie znosi tej jego zadufanej, lekko narcystycznej strony.
Mimo kąśliwego komentarza, posłusznie odstawił miotłę i sięgnął po swoje szaty.
– Altaïr, ostrzegam, jak jeszcze raz… Hej, czekaj. Co to jest? – Zarządca zmarszczył brwi i w dwóch krokach pokonał dzielącą ich odległość.
Stanął przed mężczyzną, uparcie przypatrując się jego lewemu biodru. Po chwili wahania położył na nim rękę i przesunął delikatnie palcem po dość sporej, jasnej kresce.
– Skąd masz tę bliznę? – zapytał. O ile dawniej, gdy obaj byli ledwie podrostkami, Altaïr obrywał na treningach niemal codziennie i zdobywał czasem nawet kilka nowych szram w ciągu tygodnia, o tyle otrzymanie tak pokaźnej blizny teraz, gdy był już wyszkolony do perfekcji i mało kto mógł mu zagrozić, było co najmniej dziwne.
Al-Sayf nie mógł zrozumieć jakim cudem wcześniej nie dostrzegł tej rysy na ciele kochanka. W końcu tyle razy widział go nago.
– Ach, to nic takiego – zbagatelizował mężczyzna, machając na to ręką. – Zwykły wypadek przy pracy.
– Opowiedz mi – zachęcił rafiq, robiąc krok w tył i tym samym natrafiając plecami na kraniec biurka, o które oparł się wygodnie. – Chętnie posłucham. Naprawdę. A sprzątanie na razie sobie odpuść, później je dokończymy.

Assassin's Creed oneshot - Wstyd

Witam wszystkich! W końcu, po... chyba czterech miesiącach przerwy, wracam na bloga. xux Taaa, nieco mi tu kurzem wszystko obrosło, ale wypadki losowe uniemożliwiały mi publikowanie. QWQ Był brak kompa, zagrożenia w szkółce, a teraz jeszcze choroba. xux
Niemniej dziękuję, że mimo mojej nieobecności tyle osób tu zaglądało i komentowało, to mnie serio motywowało i dodawało sił w gorszych okresach! :)
Nie przedłużając, ten oneshot (który miał być wstawiony równy miesiąc temu z okazji urodzin Altaïra) jest dzieckiem mocnych środków przeciwbólowych i koszmarów, nie wyszedł perfekcyjnie, szczerze mówiąc to się go teraz trochę wstydzę, ale... no chciałabym go wam dać, może się komuś spodoba. xD
Zapraszam do czytania i jeszcze raz dziękuję za całą aktywność i komentarze! :) *Idzie gorączkować i smarkać gdzieś w kącie.*
P.S.: Tama... nie czytaj tego, błagam. Q_Q

***

Młody zabójca stał przy niskim, drewnianym ogrodzeniu i opierając się o nie łokciami, z zapartym tchem oglądał ćwiczebny pojedynek Altaïra i Abbasa.
Mężczyźni z niebywałą gracją, siłą i wprawą wyprowadzali kolejne ciosy, pozwalając by ostrza ich mieczy zderzały się ze sobą w chaotycznym tańcu przy akompaniamencie metalicznego szczęku.
Z każdą chwilą obaj walczyli coraz zajadlej, aż do tego stopnia, że wzbierająca w nich irytacja i śmiałość doprowadziły do rozegrania się pojedynku, jakiego na niewielkiej arenie jeszcze nie widziano.
Młodziki i starsi stażem, kapitanowie i podrostki, wszyscy zgodnie zebrali się wokół drewnianego płotka i z nieskrywanym podziwem obserwowali zmagania walczących.
– Widzę, że dużo trenowałeś, Abbasie – odezwał się Ibn-La’Ahad, gdy jego miecz uderzył o broń przeciwnika, zmuszając go do utrzymania pozycji i siłowania się z napierającym nań ostrzem.
– Ty za to widocznie się rozleniwiłeś, Altaïrze. Czyżbyś zapomniał o ćwiczeniach gdy byłeś w Jerozolimie? A może KTOŚ sprawił, że wyleciały ci one z głowy, hmm? – Na usta Abbasa wpełzł lisi uśmieszek, który pogłębił się gdy tylko mężczyzna dostrzegł chwilowe wahanie na twarzy swojego rywala.
Trafił w czuły punkt, doskonale to wiedział. Wykorzystując moment braku skupienia asasyna, spiął mięśnie i potężnym pchnięciem odrzucił go od siebie.
Altaïr zachwiał się, robiąc kilka kroków w tył i mało brakowało, a kompletnie straciłby równowagę i runął na ziemię, automatycznie skazując się na porażkę. Udało mu się jednak ustać na nogach i sparować kolejny, mocny atak drugiego zabójcy.
Skąd w nim tyle agresji? To miała być jedynie przyjacielska potyczka, przecież ciągle takie odbywali!
Abbas nie miał zamiaru dać za wygraną i dążył do zwycięstwa za wszelką cenę, ignorując fakt, że takim sposobem mógł zrobić Altaïrowi poważną krzywdę, gdyby ten nie zdołał odpowiedzieć na któryś z jego ataków.

sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych!

Spokojnych i wesołych świąt wszystkim życzę (tym, którzy tak jak ja ich nie obchodzą, to po prostu spokojnego wolnego)!
Kompa raczej do stycznia nie zdobędę, także jeszcze przez jakiś czas nie będę wrzucać dłuższych rozdziałów. X.X
Co do miniaturek... jak się zepnę, to je na phonie napiszę, obiecuję!