sobota, 22 kwietnia 2017

(Miniaturka AC) Dzień 5 cz.1 - Dominacja

Pierwsza sprawa - te miniaturki wychodzą coraz dłuższe, ledwie tysiąc słów więcej i zachaczałyby o długość oneshota... muszę coś z tym zrobić. x-x
Jestem padnięta, pisałam to przez pół nocy, prawie o piątej rano skończyłam, moje oczy chcą umrzeć. X"D
W każdym razie: zbliżamy się do końca miniaturkowej serii, bo jeszcze tylko osiem rozdziałów zostało według planu. Następną mini serię przewiduję z DMC z parą Dante x Nero (po długich spekulacjach zdecydowałam się właśnie na nich), mam nadzieję, że przypadnie wam ona do gustu, tak jak ta z AC. xD
Nie przedłużając - zapraszam do czytania! :)

***

Minęło kilka kolejnych godzin, nim Malikowi udało się odnaleźć drogę powrotną i wraz z wykończonym wierzchowcem, wrócić pod bramy Jerozolimy.
Zabije tych dwóch debili. Bez dwóch zdań. Kto by pomyślał, że instruktor szermierki i zdegradowany, asasyński mistrz zachowają się jak rozkapryszone bachory, którym w głowie tylko zabawa. Zupełnie jakby obeszły ich ewentualne konsekwencje w postaci rozwścieczonego rafiqa.
Zwierzę uwiązał przy paśniku obok stajni w pobliżu wejścia do miasta, a sam podczepił się pod wjeżdżających właśnie kupców, którym wystarczyło dać kilka złotych monet, by z dzikim entuzjazmem zaczęli zapewniać straż, jakoby Al-Sayf był ich nieodłącznym towarzyszem. Jeden z nich tak się wczuł w rolę, że w pewnej chwili zarządca serio zaczął się obawiać, czy zachowanie mężczyzny nie wzbudzi podejrzeń zbrojnych, dlatego wymknął się przy pierwszej sposobności i pomknął do biura.
Z jednej strony targała nim wściekłość, a z drugiej – skrajne przerażenie. Nie było go przez całą noc i poranek. Jeżeli w tym czasie zawitał do niego choć jeden młodzik, z pewnością w najbliższych dniach przyleci do niego gołąb z ostrzeżeniem od Al Mualima. Jeżeli żółtodziobów było więcej – wyleci z ciepłej posadzki zarządcy na zbity pysk. Jedyne co mu zostało, to modlić się, by nie zgłosił się do niego nikt ranny, bo za nieudzielenie pomocy, odpowie przed samym starcem, który nie zwykł okazywać litości w takich sytuacjach.
Biuro zastał otwarte, co tym bardziej podsyciło jego obawy. No tak, jak debile go wynosili wczorajszego wieczoru, to pewnie zamknąć nie raczyli, bo nie pomyśleli, że wtargnięcie templariuszy do biura oznaczałoby wydanie wrogom informacji cenniejszych, niż ich życia.
Ta… jakby w ogóle mieli CZYM pomyśleć.
Wpadł do środka jak huragan, a gdy przeszedł z przedsionka do głównej części budynku… zamurowało go.
Biuro prosperowało jakby nigdy nic. Wszystkie meldunki od gołębi pocztowych zostały odebrane, młodziki siedziały na poduchach w centralnej części pomieszczenia, zajadając się kuskusem i owocami… zwykły dzień w Jerozolimie, jedyną zmianą był zarządca, za którego obecnie robił Altaïr.
Al-Sayf stanął w przejściu i przyglądał się temu dziwnemu zjawisku jak zahipnotyzowany.
Sądził, że zastanie rozgardiasz i milion listów z ostrzeżeniami za lekceważenie obowiązków. Tymczasem żółtodzioby radośnie spożywały wszystko, co Ibn-La’Ahad podstawił im pod nos, zdegradowany mistrz nawet kurze pościerał, dzienna poczta była posegregowana i ułożona na kilku kupkach na blacie biurka… jego kochanek odwalił kawał dobrej roboty i serio wszystkim się zajął.
– Proszę, proszę… jak chcesz to potrafisz – odezwał się w końcu rafiq, zwracając tym uwagę drugiego mężczyzny, jak i gówniarzy, które chórem przywitały go zwyczajową formułką: „Pokój i bezpieczeństwo…”.
– Malik! Żyjesz, słonko ty moje! – Altaïr uśmiechnął się szeroko na widok właściciela biura i już chciał do niego doskoczyć, licząc na namiętny pocałunek, niestety powstrzymała go przed tym ręka Malika, stanowczo odpychająca go od jego twarzy.
– Nie przeginaj. I chodź na słówko. Mam coś dla ciebie. – Gestem kazał asasynowi pójść za sobą aż do sypialni.
Rzecz jasna nowicjusz nawet nie śmiał protestować; z największą chęcią podążył za swoim partnerem. Tylko po to, by dostać od niego z pięści w twarz, gdy zostali sami, z dala od oczu i uszu młodzików.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Prolog

 Witam wszystkich! Znowu miałam trochu dłuższą przerwę, za co przepraszam. x-x Był nieco burzliwy okres związany ze zmianą szkoły, rodzina nie do końca popierała moją decyzję i... no, było sporo kłótni. x'D Obecnie jestem chora, już prawie drugi tydzień, męczę się niemiłosiernie z bolącą głową i średnio mi idzie pisanie. Mimo wszelkich przeciwności udało mi się stworzyć... to. x'D
Jak wcześniej zapowiadałam, planowałam oddzielać rozdziały opowiadań z FNAFa czymś nowym, w pierwotnym zamyśle było opko z DMC, okazało się jednak, że muszę je nieco lepiej rozplanować, dlatego na jego miejsce wskoczyło to ff z Undertale AU!
Nim zaczniecie czytać, duża prośba - sprawdźcie najpierw opis opowiadania (Spis treści -> Fanfiction -> Undertale -> Namaluj Mój Świat), żeby nikt się nie burzył i nie zniechęcał moimi... odmiennymi od oryginalnych uniwersów, założeniami. x'D
W każdym razie zapraszam na pierwsze na blogu opowiadanie z Undertale, ze zludziałą parą Error x Ink (chyba jedyny Sanscest, który lubię w równym stopniu co Sans x Papyrus). Pewno następne z tej serii będzie coś z Fellcestem, albo Swapfell Pap x Sans. xD
Miłego czytania życzę! :)

***

Przestało być zabawnie.
Czuł tę obojętność już od kilku miesięcy, a w miarę jak podbijał nowe uniwersa, jego dotychczas emocjonujące zajęcie, stało się nużące.
Wielki Error. Niszczyciel, tyran, bezlitosny kat, plaga tego świata i ucieleśnienie najgorszych koszmarów. Mniej więcej tak definiowały go te światy, które miały czelność wciąż istnieć. Żaden z nich nie zdawał sobie jednak sprawy, że pomimo swojej miłości do rozwałki, ich oprawca zdążył się znudzić zabawą, która była dla niego w chwili obecnej jedynie przykrym obowiązkiem. To wszystko stało się zwyczajnie zbyt proste.
Brunet uniósł do ust kieliszek z winem i ledwie umoczył wargi w krwistoczerwonym płynie. Nie miał ochoty na wytrawną ucztę, jaką schodzący się kelnerzy z półmiskami, zaczęli przed nim tworzyć na blacie przesadnie długiego stołu.
Mdliło go od przepychu w jakim ostatnimi czasy zaczął żyć. Najchętniej wróciłby do swojego poprzedniego stanu majątkowego. Czyli kompletnej pustki.
Chęć zniszczenia wszystkich uniwersów pielęgnował w sobie od zawsze, nigdy jednak nie udało mu się wypełnić tego planu. Zawsze na drodze stawał mu pseudo bohaterski obrońca z wielkim pędzlem, który interweniował ilekroć Error zaczynał zabawę.
A zaczynał ją często.
Wracał po takich nieudanych akcjach do siebie i pozwalał, by wściekłość za tą niemoc się z niego wylała. Życzył temu cholernemu strażnikowi rychłej śmierci, on jednak w głębokim poważaniu miał te nieme prośby i bezczelnie egzystował sobie dalej.
Aż w końcu do życia sfrustrowanego Errora zawitał Nightmare. Wtedy przyszły, a dziś obecny Imperator Królestwa Koszmarów, zaproponował mu współpracę.
Niezliczoną ilość razy spotykał się z odmową młodego Niszczyciela, był jednak cierpliwy i rozważnie planował swoje kolejne posunięcia względem niego. Gdy wreszcie usłyszał zbawienne „tak”, od razu przystąpił do działania. Dał Errorowi armię, dał mu siłę i potęgę z którą bez najmniejszych problemów zaczął niszczyć uniwersa. Jedno po drugim upadało, niczym domki z kart.
Dawniej brunet nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie spustoszenie może siać zjednoczona grupka najgorszych złoczyńców zebranych z różnych alternatywnych wersji. A teraz proszę: on, Killer, Dust, Cross i Horror (i zapewne jeszcze wielu innych, których imion nie pamiętał) w jednej drużynie, wspólnie dążący do obalenia wszystkiego, co Stwórcy śmieli wykreować.
Pierwszym uniwersum, na którym dokonał absolutnego zniszczenia, było Underswap. Cieszył się niemożebnie, czuł ogromną satysfakcję. A strażnik z pędzlem? Nim nawet głowy sobie nie zawracał. Facet pojawiał się co prawda i próbował odpierać ataki, ratować tych, którzy zostali ranni… wszystkie jego wysiłki spełzały jednak na niczym. Ich mała paczka była nie do zatrzymania. Powalali coraz to potężniejsze światy i siali spustoszenie wszędzie tam, gdzie wkraczali wraz z powierzonymi im wojskami.
Error szybko zaskarbił sobie szacunek Nightmare’a, który zaczął w nim widzieć nie tyle zabawkę, co cennego sojusznika. Dostał więc ogromny pałac w swojej pustce, będący twierdzą, z której mógł wszystkim zarządzać.
To właśnie wtedy dopadło go znużenie.
Już nawet nie musiał wychodzić na akcje. Po prostu siedział i sączył to mdłe wino, jakby wszystko było w porządku.

środa, 22 marca 2017

(Miniaturka AC) Dzień 4 cz.4 - Narkotyk

Info jest długie, ale pod jego koniec mam w nim do was pytanie, także proszę choć ostatni akapit przeczytać! ;-;
Wena była nieco kapryśna w ten weekend i po skończeniu rozdziału Drogiego nie miałam kompletnie siły na wyplucie z siebie tej miniaturki, stąd spóźnienie. x'D
Druga bardzo ważna kwestia: ta seria miniaturek powoli zbliża się ku końcowi, zostało koło dziewięciu rozdziałów. Mam pomysł na kolejną miniaturkową serię, żeby po skończeniu tej do rozdziałów nadal wrzucać takie króciutkie maluszki. Problem w tym, że o ile widzę przed oczyma fabułę, o tyle nie mam pojęcia do jakiej pary będzie ona pasować. Koncepcja: seme jest tatuażystą, do jego studia regularnie zaczyna przychodzić uke, który każdy kolejny tatuaż chce w coraz odważniejszych miejscach. Tutaj mam pytanie do was: jaka para będzie do tego pasować? Szczerze to widziało mi się Ezio x Leo, w końcu Da Vinci to malarz, a w naszych czasach mógłby robić za najlepszego tatuażystę w mieście, czy coś takiego. To po prostu do niego pasuje. Problem polega na tym, że nie mam pewności, czy poradzę sobie z prowadzeniem tej pary... nie znoszę Ezia i wątpię, by próba zrobienia z nim miniaturek wpłynęła na moje odczucia względem niego. x'D *Innymi słowy może dostać kurwicy w kluczowym rozdziale i rzucić miniaturki w pizdu*.
Kogo jeszcze byście zaproponowali do tych przyszłych miniaturek? Oczywiście nie musi być znowu z AC! Piszcie mi w komentarzach, serio potrzebuję porady. x-x

***


Biuro skończyli sprzątać w kompletnej ciszy. Altaïr – mocno rozżalony Malikową niesprawiedliwością – omijał kochanka szerokim łukiem. Wszystko, byle tylko pokazać, jak bardzo uraziło go to niedocenianie.
Aż w końcu w ich biurze zjawił się Rauf.
– Altaïr, Malik! Wieki was nie widziałem! – Szeroko uśmiechnięty asasyn wskoczył do środka i pierwsze za co się wziął, to porządne wyściskanie obu zabójców. – A co wy macie takie kwaśne miny?
– Jego zapytaj – prychnął nowicjusz, piorunując wzrokiem równie wściekłego zarządcę.
– Oj, no już, już! Stary, dobry Rauf przyniósł wam coś na pocieszenie! Od razu się rozluźnicie, chłopcy! – Mężczyzna wyraźnie nie miał zamiaru stracić humoru przez ich sprzeczki.
– Ja cię ostrzegam, jeżeli masz zamiar sprowadzić nam tu tabun roznegliżowanych ladacznic, to…! – zaczął właściciel biura, jego partner nie pozwolił mu jednak dokończyć.
– Ooo, na panienki to pewnie byś się chętnie zgodził, co?! No dalej, Rauf, skombinuj mu te nałożnice, niech się chłopak wyszaleje! – stwierdził sarkastycznie zdegradowany mistrz, dołączając do tego energiczną gestykulację wolną ręką. W całym tym zamieszaniu instruktor szermierki nie miał nawet okazji zapytać, po jaką cholerę nowicjusz skrępował sobie jedną z kończyn.
– To ja tu chyba powinienem mieć pretensje, idioto! – wtrącił na powrót zirytowany Malik, dając kochankowi mocnego kuksańca w bok.
– Kłócicie się jak stare małżeństwo – śmiał zauważyć Rauf, z niedowierzaniem kręcąc głową na widok rozgrywającej się przed nim sceny. – No nic, zaraz wam się humorki poprawią! – Mężczyzna poklepał ich obu po ramionach i wyjął z sakwy, którą miał przypiętą u pasa, niewielką fajkę, a wraz z nią woreczek pełen tajemniczej substancji.
– A to jest…? – Nad głową Altaïra wykwitł wielki znak zapytania.
– Małe cudo od zagranicznego handlarza. Sprzedał mi to taniej, bo pozbyłem się straży, która chciała skonfiskować i przywłaszczyć sobie część jego towaru przy wejściu do miasta. To co, Malik? Zamykasz biuro i się relaksujemy?
– W sumie czemu nie. Nikt już nie powinien do nas wpaść, zapowiadał się nudny wieczór, co mi szkodzi!


sobota, 18 marca 2017

Rozdział 6: Niewolnik

 Na początek: minuta ciszy dla poległego tabletu graficznego. Walczył dzielnie, służył lojalnie, odszedł z godnością. Q____Q *Wciąż ubolewa nad stratą*.
No, w końcu się wzięłam i w końcu mniej więcej w klimaty Drogiego wróciłam, także... jak ktoś na to czekał, to łapać nowy rozdział, trochu się nad nim nasiedziałam, bo kompletnie nie mogłam rytmu złapać. x-x Raczej średnio mi to wyszło, bo przynudzające rozkminy bohaterów i te sprawy... no i nadal obstawiam na ilość, nie długość rozdziałów, dlatego akcja tak się wlecze. X"D
Miłego czytania życzę! :)

***

– Czego konkretnie miałeś nie robić? – Dyrektor oparł łokcie na blacie biurka i zerknął ostro na siedzącego tuż przed nim, Bonnie’ego.
– Nie wdawać się w bójki, zwłaszcza z Foxym, nie denerwować nauczycieli, nie uciekać z lekcji i starać się omijać dyrektorski dywanik szerokim łukiem – wyrecytował znudzonym głosem, wywracając przy tym  oczami.
– A ty co zrobiłeś? – Fazbear odchrząknął wymownie, w odpowiedzi na ten mało kulturalny gest.
– Wdałem się w bójkę, zdenerwowałem pana Springtrapa, uciekłem z jego lekcji i ostatecznie wylądowałem tutaj… – Uczeń westchnął ciężko i spróbował oprzeć się wygodniej o drewniany zagłówek krzesła.
Mebel jak średniowieczne narzędzie tortur, minęło pięć minut, a jego tyłek czuł się, jakby ktoś namiętnie wsadzał mu przez ostatnią godzinę wyjątkowo gruby kij w dupę, uprzednio obsmarowawszy mu pośladki miodem i wystawiwszy je na łaskę lub niełaskę Kubusia Puchatka.
Owszem, trafił tutaj jeszcze na początku lekcji, ale Fazbear miał jakieś zebranie i sekretarka kazała mu siedzieć w poczekalni cholerne trzy godziny. TRZY GODZINY! Od dwóch mógłby być już w domu, gdyby nie zwiał z tej cholernej fizyki.
– No właśnie. Powiedz, co ja mam teraz z tobą zrobić? Nie wygląda to za ciekawie, panie Bonnie. – Dyrektor pokręcił głową i przysunął sobie pod nos jakieś papiery, na moment zawieszając na nich wzrok, a następnie podnosząc go na siedzącego po przeciwnej stronie blatu biurka, ucznia.
– Ja wiem, że słabo wyszło… i że jestem kandydatem do wyrzucenia z tej szkoły, ale proszę uwierzyć, że mi serio zależy, żeby tutaj chodzić, a ta sytuacja z dzisiaj… to jedno, wielkie nieporozumienie! – zapewnił szybko. – Dla pań sprzątających ta sytuacja z Jack-O-Bonniem mogła wyglądać kompletnie jednoznacznie i niezaprzeczalnie na moją winę, ale serio, ja i Foxy chcieliśmy tylko pomóc temu małemu… jak mu tam… no, temu pierwszoklasiście, bo go zaczepiał!
– Ach tak… i jesteś w stu procentach pewien, że jeżeli poproszę do siebie innych uczestników tej bijatyki, to potwierdzą twoją wersję wydarzeń? – Freddy uniósł powątpiewająco brwi.
– Poza Jackiem, który pewnie będzie kłamał… to tak. Raczej tak. – Chłopak przytaknął, choć trochę niepewnie. O ile nie wątpił, że ten mały blondas by go poparł, o tyle ciekawym było, co by powiedział rudy, gdyby dyro go poprosił. Kłamałby, żeby pozbyć się rywala, czy wręcz przeciwnie, pomógłby mu?
– Rozumiem. – Fazbear splótł ze sobą dłonie i ułożył je na swoim brzuchu.
Przez krótki moment trwała między nimi kompletna cisza, dyrektor nad czymś rozmyślał, a Bonnie nie był pewien czy czekać, aż mężczyzna raczy się odezwać, czy spierdalać póki nikt mu jeszcze nóżek z dupy nie powyrywał.
– Mogę już…? – zaczął licealista, ale Freddy uniósł dłoń, nakazując mu być cicho.
– To twoja ostatnia szansa, Bonnie. Jestem aż nadto pobłażliwy i wiecznie cię kryć nie będę. Biorąc pod uwagę okoliczności bójki, mogę przymknąć oko na nią, a nawet tą ucieczkę z lekcji. Ale zadzwonię do twoich rodziców, poinformuje o całym zajściu i poproszę ich na rozmowę – zadecydował Fazbear. – Możesz już iść, ale żeby mi to było ostatni raz, zrozumiano?
– T-tak panie dyrektorze! – Chłopak zająkał się lekko, nie mogąc pojąć cóż to za siła nad nim czuwała, że mimo tylu wykroczeń i notorycznego łamania regulaminu szkoły, dyro kolejny raz postanowił dać mu szansę.
Uczeń wstał, pożegnał się kulturalnie i wyszedł z gabinetu Freddy’ego, kierując się do wyjścia, bo dwie godziny ze Springtrapem były jego ostatnimi lekcjami w tym dniu. Żeńska część klasy Bonnie’ego nie miała tyle szczęścia. Panie czekały jeszcze dwie godziny wychowania fizycznego.
Chłopak wypadł z budynku jak huragan i od razu skierował się w stronę parku. Przejście przez niego było najszybszą drogą do domu rudego, u którego planował zabunkrować się na resztę dnia, jako że jego rodzina mniej więcej znała adresy znajomych, z którymi zwykle się trzymał. Wolał nie wracać do siebie póki istniała realna groźba, że Fazbear zadzwoni do jego matki.
Napisał do rodziców krótkiego SMS-a, że nocuje u kolegi i żeby się nie martwili, po czym bezceremonialnie wyłączył telefon. Dobrze wiedział, że najpierw będą wydzwaniać z wątami, że poszedł na nockę w tygodniu i to bez książek na następny dzień, a później z krzykiem, dlaczego dyrektor znowu prosi ich do szkoły.
Ta, już raz udało mu się odczuć rodzicielski gniew. To było wtedy, gdy po raz pierwszy zawisła nad nim groźba wywalenia z budy. Wolał nie przechodzić przez to ponownie.
Doskonale wiedział, gdzie mieszka Foxy. To już nawet nie była kwestia Facebooka, po prostu pamiętał jego dom z czasów, gdy jeszcze się kolegowali w pierwszych miesiącach po zaczęciu podstawówki. Chata rudzielca stała tak jebitnie naprzeciwko rzeźby krasnala.
Poważnie. Po drugiej stronie ulicy, gdzie zaczynały się tereny zielone, stał ludzkich rozmiarów, ogrodowy krasnal odlany z brązu, na którego szyi powieszono tabliczkę: „Ku chwale poległych krasnali!”.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Nieco luźniej

Przez ferie miałam naprawdę dużo wolnego czasu. Czym to zaowocowało? Masą okazji do kompletnych odpałów. Kilkoma z nich chciałabym się z wami podzielić. xD

niedziela, 26 lutego 2017

Rozdział 10.5: Pan Pazurek

 Hah, jutro mi się ferie kończą, smutek. xux
Plan był, żeby ten bonus wrzucić razem z jedenastym rozdziałem Przepaści, ale wynikły drobne... zachwiania weny, nie wiem, kiedy go skończę, więc bonusa, gotowego od kilku dobrych tygodni, wrzucam już teraz.
Ogólnie Ewajra, moja znajoma, która wygrała konkursa na tematykę tego dodatkowego rozdziałka (w sumie tylko ona dała pracę, więc nie było w czym przebierać... x'D) zdecydowała, że główną parą ma być Chica i Mangle, co mi się w sumie ładnie z głównym wątkiem pokryło. Bonus nie jest +18, jako że Ewajka woli tą dwójkę w obszarze miłości platonicznej, więc by jej nie popsuć tej pary, ograniczyłam się jedynie do opisania ich krótkiej przygody, a nie scen łóżkowych.
SPOILER: tak, zgadliście, strach Chici przed kotami wynika z tego, że w animatronicznej wersji jest kurczakiem, a kotki na taką kurkę zapolować mogą, so... xD
No, nie przedłużam, miłego czytania życzę! :)

***

Chica z rosnącym przerażeniem wlepiała wzrok w tłustego, białego kota, którego Bonnie trzymał tuż przed jej twarzą. Aż dziw, że był w stanie unieść tą kupę tłuszczu tylko jedną ręką.
Zwierzak, mimo uroczej, czerwonej kokardki na szyi i bycia nieprzyzwoicie puchatym, wyglądał dla dziewczyny jak przesadnie gruba, międzygalaktyczna bestia. Taka rodem ze starych, niskobudżetowych filmów, wykonana w animacji poklatkowej. W końcu takie bestie są najstraszniejsze.
To więcej niż pewne, że ten mały sierściuch w myślach palił całe miasta swoim niecnym, wiecznie wnerwionym spojrzeniem, życząc ludzkości powolnej, wyjątkowo bolesnej śmierci. Ponad to koty miały niezdrowy nawyk pożerania ciał swoich wrogów… i to ją w nich przerażało najbardziej.
– Chica, błagam, zgódź się! – Bonnie wykrzywił usta w przysłowiową „podkówkę” i wlepił w nią proszące spojrzenie.
Jak tak na niego patrzyła, to dochodziła do bardzo słusznego wniosku, że w pracy powinien nosić uszy psa, a nie królika, bo to był idealny szantaż na „niesłusznie kopniętego szczeniaka”.
– A nie możesz poprosić kogoś innego? Wiesz… ja niezbyt mogę, mam już plany… – spróbowała się wykręcić, uciekając przed nim wzrokiem i drapiąc się nerwowo po policzku.
Przecież nie powie mu, że boi się kotów. Facet miałby z niej polewkę do końca życia!
– Nie mam już kogo! BonBon od początku weekendu siedzi u swojej tajemniczej cizi i znaku życia nie daje, Toy Freddy’ego i Toy Chici nie znam aż tak dobrze, żeby móc im powierzyć największy skarb mojej rodziny, Puppet zalega u ojca w innym mieście i pomaga w biznesie, Scott zajmuje się Vincentem, bo mu się ostatnio nieco pogorszyło, Mangle rozłączyła się sekundę po tym, jak do niej zadzwoniłem, a Fazbear ma uczulenie na kocią sierść, co automatycznie wyklucza też Foxy’ego, w końcu oni to jak papużki nierozłączki. Wiesz jakby mnie Freddy opierniczył, gdyby rudego obsiadły kłaki Pana Pazurka i automatycznie zrobiły im celibat do czasu ich anihilacji? – Westchnął głośno, kompletnie załamany.
– Bonnie… ja naprawdę nie mogę. – Blondyna pokręciła zdecydowanie głową.
– Proszę cię, Chica, to tylko kilka godzin! Pojadę szybko na to zdjęcie gipsu i zaraz wracam! Jak chcesz, to ci zapłacę! – zaoferował, uświadamiając sobie, że łapówka może pomóc jej w podjęciu decyzji.
– Nie, nie, nie chcę od ciebie pieniędzy! – zaprotestowała szybko. – Tak właściwie to Spring nie mógłby  z nim zostać? – zapytała, unosząc przy tym jedną brew w górę.
– Nie mogę. – Złotko przeteleportowało się do nich z salonu, wyminęło Bonnie’ego i stanęło tuż obok schodów. – Debil zrobiłby dramat na cały szpital, że mu rękę obetną. Jadę w charakterze podręcznego środka na uspokojenie.
– Przesadzasz… nie prościej byłoby powiedzieć: „Idę ci robić za wsparcie mentalne, bo się martwię o twoje piękne mięśnie”? – Bonnie zatrzepotał rzęsami, na co blondyn odpowiedział mu ledwo zduszonym, ociekającym ironią, śmiechem.

piątek, 24 lutego 2017

(Miniaturka AC) Dzień 4 cz.3 - Ochrona

 Tak, nie mam co robić po nocach. QwQ
Produkcję Przepaści na razie wstrzymałam, piszcie w komentarzach, czy chcecie ten bonus do niej już teraz, bo jest skończony, czy dopiero w pakiecie z jedenastym rozdziałem (który nie wiem kiedy skończę). xD Zamiast tego zajęłam się Drogim Nauczycielem, tyle, że on też mi coś nie idzie... chyba dopadło mnie załamanie, że ferie się kończą. ;-; No i dostałam okropnego parcia na AC, stąd kolejna miniaturka mimo braku rozdziałów prowadzonych opowiadań. ;3;
Życzę miłego czytania! :)

***

– Idź to wyrzucić, byle szybko! Dostałem pilną wiadomość, że wieczorem może wpaść do nas Rauf. Chcę, żeby było tu czysto zanim się zjawi – poinformował Malik, z lekkim obrzydzeniem odkrywając, że ponad połowa blatu jego biurka została brutalnie upaćkana nieznaną, lepką substancją, będącą najprawdopodobniej sokiem z jakiegoś owocu… a przynajmniej taką zarządca miał zarządca nadzieję.
– Rauf? Szermierka mu się znudziła, czy może aż tak się za mną stęsknił? – zaśmiał się nowicjusz, próbując jakoś przetransportować ogromny wór ze szczątkami po porannej niespodziance, na dach biura. Niestety, wyskoczenie z takim balastem przez świetlik graniczyło z cudem. – Swoją drogą, powiedział mi kiedyś, że seksownie wyglądam bez górnej części szaty, tylko w samych pasach i kapturze… co myślisz, Malik? – zapytał, stojąc pod wyjściem z budynku i zastanawiając się pod jakim kątem musiałby rzucić, żeby te wszystkie śmieci trafiły bezpiecznie na górę, a nie spadły i ochlapały całą podłogę. Ostatecznie uznał to za słaby pomysł, nawet mając obie ręce byłoby to trudnym do wykonania planem.
– … Serio ci tak powiedział? – Al-Sayf zmarszczył brwi i zerknął w kierunku kochanka. – Altaïr, czy on cię przypadkiem nie podrywał?
– Owszem. Kilka razy – przyznał zdegradowany mistrz, wzruszając przy tym ramieniem. – Ej, możesz mi z tym pomóc? – poprosił.
– Jak to kilka razy? I co z tym faktem zrobiłeś? – obruszył się zarządca, zostawiając w spokoju biurko i podchodząc do swojego partnera.
– Nic. Dobra, to tak: ja wejdę na górę, a ty mi to podasz – zadecydował asasyn i zręcznie wspiął się na dach.