I tak po... kij wie ilu miesiącach, w końcu wpada pierwszy
rozdział opowiadanka z Inkiem i Errorem. x'D
Jakby ktoś jeszcze nie wiedział - opko jest w wersji
HUMANTALE, więc szkielety są tutaj przedstawione jako ludzie, w dodatku pewne
fakty pozmieniałam na potrzeby opowiadanka, więc nie wszystko może się tu
zgadzać z kanonicznymi wersjami.
Do tego warto coś sobie wyjaśnić, bo ktoś mnie już o to zapytał: Error mówi
tutaj "normalnie", znaczy się nie w... zglitchowany sposób, że tak to
ujmę, bo tworzenie kwestii w taki sposób strasznie mi
przeszkadza, zarówno w czytaniu, jak i w pisaniu. Poważnie, ilekroć zerkam na ff
z tą parą, drażnią mnie dialogi z Errorem, w których słowa co rusz mają jakieś
"usterki". Ja wiem, że to jest urok naszego Błędzika, ale o ile w
dubbingach komiksów taki zabieg brzmi cudnie, o tyle wizualnie jest to dla mnie
udręka, dlatego... wybaczcie, ale u mnie jego wypowiedzi będą zapisywane bez
bugów.
No, nie przedłużając - zapraszam do czytania!
***
Error wziął głęboki wdech i
położył dłoń na klamce.
Chwila. Może nie powinien jeszcze
tam wchodzić?
– Sir, za przeproszeniem,
wszyscy czekają już tylko na pana… – wtrącił stojący tuż obok niego, Mroczny
Papyrus – jeden z wielu żołnierzy armii Nightmare’a. Ten tutaj miał
najwyraźniej pecha, bo jego pan przerobił go na lokaja, tym samym dożywotnio
zwalniając ze służby.
Nie ma co się dziwić, przywódca
ich szajki strzelił sobie tak potężne zamczysko, że bez wykwalifikowanej służby
coś by się tutaj jeszcze zalęgło.
Swoją drogą, Niszczycielowi
naprawdę imponowało, że szef był w stanie stworzyć na raz aż tylu wojowników,
utrzymywać ich przy „życiu” w ani trochę niedeformującym się ciele, a do tego
wyglądał na zupełnie odprężonego, jakby wcale a wcale nie sprawiało mu to
trudności.
Error czuł, że najprawdopodobniej
nikt z ich gangu nie poznał jeszcze pełnej potęgi przywódcy. I to martwiło go
najbardziej.
Dobra, raz kozie śmierć. Serce
miał w żołądku, płuca w gardle, ale to nic. Wejdzie do tej sali i będzie się
zachowywał swobodnie, bez grama hafefobicznych lęków, czy jakichkolwiek innych
oznak zaniepokojenia.
Jedynie na lidera powinien
uważać. Facet tu rządził, był cholernie silny i jeżeli Error palnąłby przy
nim coś głupiego, to jego głowa wróciłaby do domu bez tułowia, który Nightmare
najpewniej powiesiłby sobie nad kominkiem.
Oddech.
Wszedł do środka.
W sali nie było nic oprócz
długiego, suto zastawionego stołu, przy którym siedzieli wszyscy ci, których Niszczyciel
od pewnego czasu zmuszony był nazywać „sojusznikami”. Panujący wokół mrok zdawał się nikomu nie przeszkadzać.
Na honorowym miejscu spoczął
oczywiście szanowny gospodarz, a tuż obok niego, Cross. Miejsce po lewej
stronie Nightmare’a było puste, Error śmiał więc sądzić, że przeznaczone
zostało właśnie dla niego.
Hałas i harmider nie ucichł ani
trochę, gdy Niszczyciel wszedł do pomieszczenia. Wręcz przeciwnie – nasilił się
i tylko delikatny uśmiech lidera podpowiedział mu, by zignorował wątpliwej
jakości maniery tej hołoty i zasiadł obok niego.
Cross starał się zignorować
obecność nowego gościa, choć wyraźnie mu ona zawadzała. Miał coś do Errora od samego
początku.
– Witaj, mój drogi. Jak
mniemam, masz mi coś do powiedzenia…? – Z ust Nightmare’a nie schodził oślizgły
uśmiech.
Zapewne reszta, obecna na tamtej
pamiętnej obławie, zdążyła mu już wszystko wypaplać.
– Tak, mam. W kwestii Inka…
– zaczął brunet, ucichł jednak gdy przywódca uniósł dłoń, a ze środka stołu
wystrzelił pąk czarnych, smolistych, dziko wijących się macek.
Wszystkie zdawały się być
najprawdopodobniej niematerialnymi iluzjami, bo tace z potrawami wciąż stały
nietknięte. Trzeba było przyznać, że
Imperator nauczył się ostatnimi czasu naprawdę wielu nowych, przydatnych
sztuczek.