Rozdział szedł mi trochę opornie, wena jak jednego dnia przyszła, tak potem nie chciała wracać przez tydzień. Mam nadzieję, że nie wyszło jakoś szczególnie nudno. ;-;
Przepaść według pana Worda ma już lekko ponad sto stron, z tej okazji chcę wydać rozdział 10.5, którego zawartość będzie zależała tylko i wyłącznie od was. Zrobimy z tego mały konkurs, poświęcę na niego osobną notkę. :)
No, nie przedłużam, miłego czytania! ^ ^
***
Tę noc
zdecydowanie mogę zaliczyć do najgorszej w całym moim życiu. Gorszej nawet od
tamtej pamiętnej imprezy, na której koło trzeciej nad ranem przykleili mnie do
żyrandola i próbowali wyruchać kijem od miotły. Nie ma to jak robić za istną
ułomność na krzywych nóżkach, do której niby wszyscy się uśmiechają, ale jak
przychodzi co do czego, to w temacie głupich kawałów ją jako pierwszą biorą na
swój bezlitosny celownik.
Mniejsza.
Wracając do sedna sprawy, myślałem, że tutaj skonam. Raz, że ból w chuj, jakby
mi stado ruskich czołgów po mordzie przejechało; dwa, nafaszerowali mnie taką
ilością proszków, że po wszystkich niezbędnych zabiegach czułem się jak po
wiadrze twardych narkotyków. Z tą różnicą, że po dragach to bym wstał, rozebrał
się i zaczął wywijać hołubce na głowie doktora, będąc przekonanym, że właśnie
walczę z hordą narwali z nadwagą w jakimś postapokaliptycznym świecie bez
klamek, a tymczasem po tych lekarstwach byłem w stanie co najwyżej raz na jakiś
czas mrugnąć. I to każdym okiem osobno.
Szczęście, że
Złotko odebrało i zgodziło się przynieść mi rzeczy, bo lekarz jasno się
wyraził, że posiedzę tutaj przynajmniej trzy dni, o ile wszystko będzie w
porządku i nie wykryją u mnie jakiegoś nowego raka w dupie.
Nie miałem za
dużo czasu na sen. Większość nocy zajęły badania i inne pierdółki, a z samego
rana obudził mnie słodki jazgot pielęgniarki, no bo leki. Jak ja nienawidzę
szpitali! Pomijając fakt, że opuszczone psychiatryki z horrorów to moja ukryta
słabość, to trzeba jeszcze podkreślić, że żarcie tutaj mieli po prostu okropne.
Ono aż krzyczało: „Karminy was, bo musimy, ale na luksusy nie liczcie, w końcu
szpital musi na czymś oszczędzać, a wam – grubasy – dieta się przyda!”.
Bo oczywiście
nikt nie pomyśli, że moje spasione dupsko będzie smutne, jak nie dostanie na
obiadek ziemniaczków! Ja nie jestem Spring! Muszę spożywać regularne posiłki!
Aż do godziny
odwiedzin nudziłem się niemiłosiernie. Z ręką w gipsie, toną bandaży na ciele,
a w szczególności mordzie, musiałem wyglądać jak człowiek-WC, któremu ktoś
zrobił spłuczkę, uprzednio wkładając do muszli kosiarkę.
Pozytywne
myślenie zawsze było moją mocną stroną.
W końcu drzwi
do pokoju otworzyły się. Miałem to nieszczęście, że leżałem tu sam, trzy inne
łóżka były puste, więc przez większość czasu nie było się do kogo odezwać. Z
drugiej strony teraz, jak pojawił się tu blondyn, to nawet cieszyło mnie, że
mogliśmy porozmawiać w cztery oczy, a nie być non stop śledzeni przez
podejrzliwe spojrzenia uprzedzonych staruszków.
– Jesteś
kompletnym debilem – przywitał mnie na wstępie, kładąc torbę z rzeczami na
małej, pustej szafce obok mnie, a sam usiadł na jednym z wolnych łóżek. – Jak
ty się tak załatwiłeś? – zapytał wkurzony. No nie ma co, mamusia roku z niego.
– A czy to
ważne? – Spierdzieliłem wzrokiem i posłałem mu słodki uśmiech pod tytułem:
„skończmy ten temat”.
– Nie,
cholera, wcale. Przecież wziąłem sobie urlop, żeby tu przyjść i rozmawiać o
naleśnikach, a nie twoim zdrowiu. – Uniósł wzrok ku niebu, najwidoczniej mając
nadzieję, że wymowne spojrzenie ogarnie te leniwe chóry anielskie, które zerwą
się na równe nogi i ześlą na niego nową dawkę cierpliwości.
A
przynajmniej modliłem się by tak było, bo nie chciałem, żeby połamał mi też
drugą rękę. Albo urwał tę złamaną…
– Em…
jakby to powiedzieć… wpierdoliłem się pod auto. – Podrapałem się po policzku.
Większość twarzy zaklejały mi plastry, więc to był dość trudny zabieg.
– … Serio?
Mam nadzieję, że nie upiłeś się do tego stopnia by stwierdzić, że zabawnie
będzie wpaść pod samochód. – Zmrużył groźnie oczy.
