– Proszę.
– Spring rzucił na blat, tuż obok mnie, lekko wygniecioną kopertę.
– Hm?
Co to? – zerknąłem na nią zdziwiony i przerwałem krojenie warzyw.
Już od
dłuższego czasu odpowiadałem za przygotowywanie posiłków, bo dość szybko
przyszło mi się przekonać, że nikłe zdolności kulinarne Złotka by nas nie
wyżywiły, a prędzej otruły.
– List
do ciebie, jak widać. – Blondyn oparł się o lodówkę i pokazał trzy inne koperty
w swojej ręce. – Poza nim przyszły też rachunki, rachunki i… niespodzianka,
rachunki! – Sarkastyczne zdumienie podkreślił zirytowanym skierowaniem wzroku
ku niebu. – Dzielimy się po połowie.
– Jestem
przed wypłatą! – jęknąłem żałośnie, dla podkreślenia swoich słów wywracając
kieszenie spodni na drugą stronę, by pokazać mu wiejące w nich pustki.
Wytarłem
ręce i wziąłem zaadresowany do mnie list, ostrożnie go otwierając.
– A
ja to nie? Trzeba było tyle nie jeść, to byś nie narzekał, że w portfelu masz
tylko kurz – prychnął.
– Nie
mogę nie jeść, umarłbym – burknąłem, nie radząc sobie z papierem. Chyba
naderwałem lekko kartkę w środku. Warknąłem zdegustowany i kontynuowałem
otwieranie z drugiej strony.
– Nie
mówię, żebyś nie jadł, ale do cholery nie musisz pochłaniać porcji dla trzech
dorosłych osób! – Przyłożył palce do skroni, błagając chóry anielskie o
cierpliwość.
– Nie
przesadzaj! Tobie się wydaje, że to porcja dla kilku dorosłych, bo ty prawie
nic nie jesz... no chyba, że akurat cię do tego zmuszę, chudzielcu! – Odgryzłem
się. – Ile mam dać na te rachunki?
– Częściej
jem na mieście – sprostował, ale dobrze wiedziałem, że to kłamstwo. Parę
miesięcy mieszkania razem dużo mi o nim uświadomiło. Aż przerażało mnie, jak
dobrze poznałem jego nawyki. Jedyne co wciąż rozgryzałem, to dziwne upodobanie
blondyna do częstego znikania po robocie na niemal całe noce. – Dużo –
powiedział oschle, najwyraźniej zirytowany rozmową.
– Springi,
nie możemy się trochę inaczej podzielić? Ty zapłacisz większą część, po
wypłacie ci oddam… – zacząłem, w międzyczasie rozrywając kopertę, a gdy
zajrzałem do środka, zamilkłem momentalnie. – Albo zapomnij. Mniejsza, podlicz
ile mam dać, nie ma problemu, zapłacę – powiedziałem, jak zaczarowany wpatrując
się w banknoty na dnie koperty. Był z nimi także krótki list, wyjąłem go i
zacząłem czytać.
– Tak
nagle zmieniłeś zdanie? – Uniósł brwi i podszedł do mnie, obserwując uważnie. W
końcu, kiedy zajęty czytaniem nie odpowiadałem, zabrał mi kopertę i wyjął
pliczek banknotów – No, no… kto cię tak rozpieszcza? – zapytał, po przeliczeniu
chowając je do niej z powrotem.
– Rodzice.
Obiecali, że pomogą dopóki nie znajdę jakiejś lepszej pracy i nie ustatkuję
się. Mają na tyle wysokie zarobki, że mogą sobie pozwolić na wspieranie mnie
każdego miesiąca – wyjaśniłem, kończąc czytać krótki liścik.
– Za
to ty dzięki nim możesz sobie pozwolić na nieco więcej luksusu. – Pokiwał z
uznaniem głową, oddając mi pieniądze. – Dobrych masz rodziców.
– Ta,
nie narzekam. – Uśmiechnąłem się zadowolony. Trochę luksusu… czyli zapłacę
swoją część rachunków i będę miał kilka stów dla siebie. Nieźle. – A twoi coś
ci przysyłają, czy już wyszedłeś z wieku łask? – zapytałem żartobliwie, ale
Złotku widać do śmiechu nie było, bo spoważniał i spojrzał na mnie spod byka.
– Bez
obrazy, ale raczej nigdy nie miałem w zwyczaju zbytnio polegać na ich pomocy –
odparł chłodno i wyszedł z kuchni.
Co go
ugryzło?
Wzruszyłem
ramionami, stwierdzając, że Spring ma okres… chociaż i bez niego takie humorki
to w jego wypadku norma. Nauczyłem się to tolerować. Nadal go nie znosiłem, z
wyraźnie odczuwalną wzajemnością… niestety siły wyższe kazały mi się
przystosować do obecnej sytuacji, a dzięki bolesnym doświadczeniom miałem
świadomość, że to małe chuchro w kwestii sprytu zawsze będzie miało nade mną
przewagę.
Zabrałem
się za dokańczanie kolacji, zajęło mi to niecałe pół godzinki. W końcu
wstawiłem wszystko do piekarnika i zadowolony poszedłem do salonu, zabierając
ze sobą prezent od rodziców.
Byłem
zmęczony po robocie i naprawdę nie miałem ochoty na robienie czegoś
ambitniejszego, niż siedzenie przed telewizorem. Blondyn mimo, że starszy, miał
widać o wiele więcej energii niż ja.