Tydzień po czasie, ale w końcu napisałam tego oneshota! Cholernie długo poprawiałam oceny w szkółce, jestem padnięta. x-x Jak myślicie, oddałam mniej więcej charaktery Scotta i Vincenta? Czy lepiej już więcej nic z nimi nie pisać? x'D
***
– No co ty, w Halloween też pracujesz? – Vincent
zmarszczył brwi z jawnym niezadowoleniem, żując powoli swojego burgera.
– Tak wyszło. Zresztą, to chyba nie kłopot? Mam tylko
nocną zmianę, przez resztę dnia możemy gdzieś wyjść, jak masz chęć –
zaproponował Scott. W przeciwieństwie do swojego kolegi, nie widział problemu.
Sięgnął na oślep do prawie pustego pudełka z frytkami. – … Zjadłeś MOJE frytki?
– Chyba żartujesz, Halloween zaczyna się w nocy, kiedy jest
ciemno! O to w tym chodzi, w dzień nie ma w ogóle zabawy! – jęknął ze smutkiem.
A miał takie piękne plany. – Możliwe, że przywłaszczyłem sobie kilka – przyznał.
– Chcesz gryza w zamian? – Wskazał na swojego burgera.
– Nie zachowuj się jak dzieciak. Za stary jesteś żeby
się w to bawić. – Strażnik wywrócił oczami i wziął od kolegi hamburgera. –
Nawet dobre. Tylko nie lubię ketchupu – stwierdził i oddał mu jedzenie.
– Za stary?! – obruszył się Vincent. – Jesteś chyba
jedynym człowiekiem na ziemi, który go nie lubi – burknął.
– No nie obrażaj się. –Mężczyzna westchnął ciężko i
wstał od stolika. – Chodźmy już, późno się robi.
– Będę się obrażał ile będę chciał. Za stary, też coś.
– Vince dokończył swoje jedzenie i również wstał. Zostawił kasę na blacie i
poszedł za Cawthonem do wyjścia, wciąż lekko urażony. Pracował w Halloween, kiedy
mieli razem spędzić świetną noc, a potem jeszcze go obrażał. Ta zniewaga krwi
wymaga! Chwila... to mu nawet ciekawy pomysł podsunęło. – Ej, Scott… a wiesz,
że te nawiedzone animatroniki w Halloween stają się nieco inne niż na co dzień?
Agresywniejsze, sprytniejsze? Jesteś pewien, że chcesz spędzać to święto w
takim miejscu?
– Przestań, te roboty zawsze wariują, za długo tam
pracuję, żeby nagle zacząć się ich bać. – Zapiął kurtkę i przyspieszył kroku.
– Co więc powiesz na mały zakład? – Vincent z przebiegłym
uśmieszkiem wyszedł na przód, zagradzając drugiemu mężczyźnie drogę.
– Zakład? Co ty znowu wymyśliłeś? – Scott, chcąc nie
chcąc, musiał się zatrzymać.
– Posiedzę z tobą na nocnej zmianie. Zobaczymy, który z
nas dłużej wytrzyma zanim stamtąd zwieje. – Jego pewny siebie ton, irytował
strażnika. – Jestem u Freddy’ego dłużej niż ty, Scott, pamiętam, co się działo
rok temu, to nie było fajne.
– Idiotyczny pomysł. Daj sobie spokój, Vincent. – Nocny
stróż był coraz bardziej zaniepokojony. A co jeżeli ten idiota tym razem nie
robił sobie z niego jaj?
– No dobra, w takim razie jak wygrasz, to zajmuję twoje
nocne zmiany na cały miesiąc – zaproponował Bishop, mając nadzieję, że ta
oferta skusi Scotta.
– … Cały miesiąc? – Mężczyzna zmarszczył brwi. Miał
ochotę się zgodzić, w końcu był pewien, że wygra bez problemu. W razie kłopotów
zamknie się w jakimś schowku i tyle. Coś mu jednak nie pasowało w tej hojności
kolegi. – A co, jeżeli ty wygrasz?
– Wtedy ty będziesz moją nagrodą. – Uśmiechnął się
szerzej. – No, ale skoro jesteś pewien wygranej, to nie masz się o co martwić,
nie? – Zaśmiał się i trącił go w ramię.
– Ty serio jesteś chory… – Scott pokręcił głową z
dezaprobatą. – Niech będzie.
***