środa, 27 grudnia 2017

(Miniaturka AC) Dzień 6 cz.2 - Mapa

Nie mam pojęcia, czemu ta miniaturka wyszła taka długa... *Specjalnie wzięła mało wymagający temat na tą część, żeby zmieścić się w tysiącu słów. Nie wyszło, prawie dobiła do trzech tysięcy*.
No, w każdym razie: wow, po ponad miesiącu w końcu coś wrzucam po oneshocie! Serio chciałabym pisać więcej i szybciej, ale coś ostatnio przyszły niezbyt dobre dni, siadam do kompa, włączam Worda i przez godzinę siedzę przy nim sfrustrowana, ledwo będąc w stanie napisać przez ten czas jeden akapit. Z serii: chcieć, a nie móc. x'D
Miniaturek zostało nam niewiele, bo ledwie cztery, chyba czas zacząć wielkie odliczanie do końca... mocno smutek, przyzwyczaiłam się do tej serii. qwq Temat może i oklepany, miniaturki wychodzą za długie i ostatnio nieco w nich przynudzam, ale jednak były ze mną od - tu się naprawdę zaskoczyłam - listopada 2015 roku. Prawie tyle samo, co Przepaść. QWQ
Nie przedłużam i miłego czytania życzę! :)

***

Gdy tylko zarządca otworzył świetlik, do środka biura, z głośnym trzepotem skrzydeł, wleciały dwa białe gołębie. Dzielne ptaki przez niemal godzinę siedziały na dachu pobliskiego budynku, czekając cierpliwie, aż templariusze odejdą i rafiq będzie mógł je wpuścić.
Niestety tym razem ci mali posłańcy nie przynosili zbyt dobrych wieści.
– Altaïr, pamiętasz może tego dzieciaka, którego kilka dni temu próbowałeś wykorzystać do swojego niecnego planu wzbudzenia we mnie zazdrości i zaciągnięcia do łóżka? – zapytał Malik, odkładając krótki list z Masjafu na bok i sięgając po mały woreczek z ziarnem dla gołębi.
– Nie mam pojęcia o czym mówisz, kotku. Gdzieżbym śmiał w tak nieodpowiedzialny i dziecinny sposób próbować przekonać cię do stosunku! – odparł z oburzeniem nowicjusz, zbyt zajęty czyszczeniem swoich noży i miecza, by uraczyć Al-Sayfa choćby przelotnym spojrzeniem.
Miewał takie małe napady pedantyzmu względem swojego oręża, nie dziwne więc, że jak się godzinę temu dorwał, tak do tej pory zawzięcie pucował ostrza.
– Miałbym wiele do powiedzenia w tym temacie, ale nie o to chodzi, poważnie pytam, czy kojarzysz młodzika, bo wieczorem do nas wpadnie. Nazywa się Nasir i zahaczy o Jerozolimę, na szczęście na krótko, ma tutaj tylko jeden cel do zlikwidowania, więc przyjdzie prosić o zgodę, wykończy kogo trzeba, prześpi się tutaj i z rana ruszy dalej – poinformował zarządca, skrobiąc piórem, na niewielkim skrawku pergaminu, wiadomości zwrotne do Masjafu. – Mam nadzieję, że nie jest to dla ciebie jakiś wielki problem? – Rafiq zerknął kątem oka na swojego kochanka, trafnie przeczuwając, że Altaïr nie będzie zachwycony obecnością gościa.
– Ale jak to zostanie na noc…? – Asasyn momentalnie przerwał wszelkie wykonywane właśnie czynności i posłał swojemu partnerowi niedowierzające spojrzenie zranionej orki. – Przecież tę noc mieliśmy mieć tylko dla siebie!
– Mieliśmy, ale to było zanim odebrałem spóźnioną pocztę z Masjafu i dowiedziałem się, że ktoś jednak dzisiaj do biura zawita – wyjaśnił, kończąc pisać i po zwinięciu owych zaszyfrowanych wiadomości w ciasne ruloniki, począł umocowywać je do nóżek posilających się ptaków.
Na krótki moment w biurze zrobiło się niemal kompletnie cicho, słychać było jedynie uderzanie małych dziobków o drewniany blat. Rzecz jasna Altaïr nie pozwolił Al-Sayfowi napawać się względnym spokojem zbyt długo i gdy tylko rafiq uporał się z przyczepieniem małych zwitków, zaczął rozmowę.

piątek, 24 listopada 2017

Dragon Age oneshot - Przeczytaj to

Nieco zamulam ostatnio z życiem, co nie? xux No nic, piszę tak szybko, jak jestem w stanie, także do wszystkich wątpiących: blog nie umarł i nie umrze, a jeżeli już, to na pewno bym o tym powiadomiła jakimś osobnym postem, a nie ot tak urwała i bez echa przestała tworzyć. xD
Miałam pisać "Przepaść", wiem o tym, rozdział dwunasty powoli się produkuje, ale ten oneshot po prostu musiał się pojawić. Coś mnie dźgnęło prosto w serducho, że przez te dwa lata ani razu nic z Dragon Age tu nie wrzuciłam, a przecież kocham tę grę jak jasna cholera. qwq Dlatego też, w hołdzie dla jednej z moich ulubionych par, napisałam właśnie to.
Z góry uprzedzam, że "Przeczytaj to" nie obfituje w seks, a w drobną fabułkę i delikatne czułostki Fenrisa i Hawke'a. Oczywiście mam plany na ostrzejsze teksty z udziałem tej dwójki, jednak na ich stworzenie potrzebuję nieco czasu i nastroju, jako że poruszanie tematu traumy Fenrisa, jaką ten zapewne ma po zgwałceniu przez Danariusa (w Tevinterze homoseksualizm wśród niewolników jest rzeczą pożądaną, nie uwierzę, że Magister sobie na nim nie używał), jest dość trudne. Ogólnie w tym shocie mamy delikatną, dość subtelną relację Leto z Czempionem, nieśmiałą wręcz.
Dodatkowo radzę, byście zerknęli w spisie treści na dopisane przeze mnie uwagi pod tym oneshotem, by nikt nie miał wątpliwości co do klasy Garretta i stanu świata.
No, miłego czytania życzę! :)

***

– Nie to, żebym się czepiał, Hawke, ale mogłeś wziąć z nami swojego kochasia – odezwał się Varric, gdy tylko weszli wraz z Czempionem do środka starej, zaniedbanej kopalni. Jego głos rozniósł się echem po tunelach, przyprawiając zlęknionych, stojących dosłownie kilka kroków za nimi, górników, o ciarki na plecach.
– Daj spokój, chyba nie powiesz mi, że się boisz? – Garrett posłał przyjacielowi ten swój słynny, łobuzerski uśmieszek, po czym obrócił się przez ramię i niemo zapytał pracowników kopalni, w którą stronę do smoczego leża, będącego celem ich zlecenia.
– Pójdziesz, panie, następnym korytarzem w lewo, po schodach w dół i tam zaraz drzwi będą, za nimi jest główne gniazdo – poinstruował ich jeden z najstarszych mężczyzn w grupie.
– I jesteście pewni, że smoczyca nie żyje…? – dopytał krasnolud, z wyczuwalną obawą w głosie.
– Varric się boi! – parsknął Garrett, za co dostał lekkiego kuksańca w udo, czyli na wysokości łokcia Tethrasa.
– Na sto procent pewni! – potwierdził stojący najbliżej nich, górnik. – Będzie dwa dni, jak zawalił się korytarz, w którym ta gadzina spała. Zostały tylko jej dzieci; widzieliśmy, że miała jeden miot, więc wszystkie są mniej więcej w tym samym wieku, ot podrostki, jeszcze bez skrzydeł.
– Słyszałeś? Nie ma się czego obawiać, to tylko kilka malutkich smoczątek, przepłoszymy je albo wybijemy w maksymalnie pół godziny! – Hawke poklepał przyjaciela po ramieniu i ruszył we wcześniej wskazanym mu kierunku.
– Nadal nie jestem pewien, czy to dobry pomysł… mam złe przeczucia. – Pisarz pokręcił z dezaprobatą głową. Garrett któregoś razu dostanie za swoje, jeżeli dalej będzie się tak puszył.
Krasnolud odebrał od górników pochodnię, którą podał Czempionowi po dogonieniu go, wszak to on prowadził.
Odnalezienie miejsca, gdzie znajdowało się leże, nie zajęło im dużo czasu, choć gdyby nie fakt, że Garrett dwa razy skręcił w zły tunel, z pewnością trafiliby do niego o wiele szybciej.
Na całe szczęście w suficie pomieszczenia, gdzie przebywały młode smoki, była wybita olbrzymia dziura; ich (świętej pamięci) matka zrobiła ją zapewne po to, by bez problemu wylatywać z gniazda i znosić swoim dzieciom jedzenie. A skoro w suficie mieli prymitywny świetlik, dodatkowe źródło światła nie było dłużej potrzebne, dlatego właśnie Czempion wyrzucił pochodnię.
– Robimy tak: ja je zwabiam na środek, ty zostajesz tutaj i strzelasz do każdego smoczyska, które będzie próbowało zajść mnie od tyłu. Po prostu chroń mi plecy, dobra? Jeżeli się uda, spróbujemy jak najwięcej z nich wypłoszyć z kopalni tylnym wyjściem, są za urocze, żebym ot tak je pozabijał, mając możliwość uratowania ich – zarządził Hawke, wyginając rękę w tył i wyciągając z tkwiącej na plecach pochwy, pokaźny miecz o bardzo szerokim ostrzu.
– Ty i te twoje dziwne upodobania… – Tethras uśmiechnął się z rozbawieniem i przygotował Biankę, czekając, aż lider zacznie przedstawienie.
Większość smocząt akurat spała, reszta zaś bawiła się ze sobą radośnie. Były za małe na wykazywanie się tak wielką czujnością, jak podrośnięte gady, nie dziwne więc, że zaprzestały pląsów dopiero w momencie, gdy Bohater stanął między nimi i zagwizdał głośno, zwracając tym samym uwagę zaciekawionych maluchów.
– No dobra, dzieciaczki, spokojnie opuścicie teren kopalni, a nie stanie się wam… – urwał, gdy jeden z młodych smoków, początkowo nie wykazujący żadnych oznak agresji, postanowił skoczyć mu na twarz. – Kurwa mać! – zaklął szpetnie, blokując gada płazem ostrza i odpychając z mocą w tył.

piątek, 6 października 2017

(Miniaturka AC) Dzień 6 cz.1 - Ryzyko

Znowu mnie trochu nie było, przerwa trwała... no, będzie ze dwa miesiące. Skupiłam się na korekcie starszych rozdziałów na blogu (mam nadzieję, że nie wyglądają już aż tak tragicznie i nie straszą błędami), zajęło mi to cholernie długo, bo w międzyczasie taki leń mnie dopadł, że przez ponad dwa tygodnie nie mogłam tego ruszyć, so... no, ale skończyłam je i już wracam do - mam nadzieję, że regularnego - pisania. xD
Miniaturki zaczynają trochu wchodzić w dramat... nie wiem, co ja chcę tym zabiegiem osiągnąć, chyba pokazać, że w Altaïrze coś się zmienia, że Malik zaczyna go inaczej traktować, ogólnie, że ten tydzień spędzony razem nie poszedł w krzaki i coś w nich po sobie pozostawił. W każdym razie, dzisiaj nieco poważniejsza i mniej rozbudowana część, w której poruszyłam kilka istotnych dla mnie kwestii w zakresie przemian bohaterów. Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie, miłego czytania życzę! :)

***

Jerozolimskie biuro asasynów nigdy nie należało do szczególnie głośnych miejsc, co oczywiście nie znaczyło, że opływało w absolutną ciszę. Zawsze dało się w nim słyszeć a to skrobanie pióra na pergaminie, a to gruchanie zmęczonych gołębi pocztowych, a to krzyki kupców z targu, a to znowuż wiecznie rozgadanego Altaïra.
Dziś jednak było inaczej; wszystkie te typowe odgłosy ustąpiły miejsca ciężkim krokom na dachu i wzburzonym rozmowom, stłumionym przez zamknięty świetlik. Nie wyglądało na to, by żołnierze i templariusze – których Altaïr był tak łaskaw tu zwabić – mieli zamiar szybko się ulotnić. Co prawda kilkoro z nich pobiegło przetrząsnąć tę stronę miasta, gdzie – jak sądzili – asasyn im uciekł, znaczna część grupy została jednak w miejscu, w którym trop im się urwał. Czyli pod samym wejściem do biura.
To doprawdy niewiarygodne, że zeszłego wieczoru zdegradowany mistrz był tak zagubiony i przerażony, gdy wtulał się w zarządcę i przepraszał go, choć nawet nie wytłumaczył za co, a rano magicznie mu ta skrucha przeszła, zupełnie jakby nadejście nowego dnia wymazało z niego wszelkie nieegoistyczne uczucia, zostawiając po tym, na swój sposób, uroczym Altaïrze jedynie niewyraźny zarys, zdominowany przez zwykłego Ibn-La’Ahada – tego, który nie widział nic, poza czubkiem swojego zadartego nosa, uważał, że jest jakimś cholernym, niepokonanym Bogiem, a wszelkie popełnione przez niego błędy to zaledwie małe, nieprzewidziane komplikacje w jego absolutnie doskonałych planach.
Rzecz jasna wszystko miało swoje granice i wyglądało na to, że cierpliwość Al-Sayfa właśnie się wyczerpała. Kaleki zabójca na zmianę zerkał to w kierunku pomieszczenia ze świetlikiem, jakby obawiając się, że lada chwila któryś z żołnierzy zdecyduje się zbić szybę i wtargnąć do środka, to znowuż przenosił wzrok na swojego partnera, który obecnie chodził wyznaczonym szlakiem od biurka zarządcy, do przejścia między główną izbą, a tą z wejściem do biura, raz po raz klnąc cicho pod nosem.

piątek, 4 sierpnia 2017

Gravity Falls oneshot - Fortepian

A więc w końcu, po milionie lat, na bloga wpada pierwszy BillDip. x'D
Nie jest idealny, jak do tej pory jedynie czytałam fanfiction z tą parą, sama czuję się mocno nie na siłach, ale... chcę spróbować, zwłaszcza, że już ładne pół roku mam plan na dłuższe opko z tą parą i myślę, że ten oneshot jest dla mnie świetnym treningiem przed tym właśnie opowiadankiem, które najpewniej pojawi się zaraz po tym, jak jeden z obecnie prowadzonych tworów się skończy, bo za dużo na raz prowadzę. x-x
No nic, mam nadzieję, że jakoś tragicznie nie jest, miałam ubaw pisząc to, także... miłego czytania! :)

***

Wkurzało go to. Wkurzało jak jasna cholera.
Cipher zmarszczył brwi, usiadł wygodnie w eleganckim fotelu ze sztucznej, ciemnej skóry i naciągnął na dłoń białą rękawiczkę, po chwili identyczną ubierając na drugą rekę. Materiał napiął się mocno na czubkach wyprostowanych palców.
– Spróbujmy jeszcze raz… – powiedział do leżącego na podłodze tuż pod nim, posiniaczonego i nagiego Dippera. – Powiedz mi, czy masz już dość? – Uśmiechnął się delikatnie, prostując plecy i zakładając nogę na nogę. Łokcie ułożył na bocznych oparciach fotela, dłonie natomiast splótł ze sobą na brzuchu.
Tańczące w kominku płomienie co rusz rzucały głębokie cienie na blade, wychudzone ciało Pinesa i siedzącego ledwie dwa kroki od niego, Billa. Poza tym małym skrawkiem, reszta pomieszczenia pogrążona była w półmroku, przy drzwiach do korytarza przechodzącym w kompletną ciemność, w której nietrudno było o niezaplanowaną kolizję ze ścianą, bądź jakimś meblem.
Chłopak drgnął lekko po chwili i podkulił mocniej kolana, które z wysiłkiem spróbował objąć szczupłymi, kościstymi ramionami.
Bill czekał i czekał, odpowiedź jednak nie nadeszła. Poważnie zirytowany pomasował palcami skroń i zamknął swoje jedyne oko. W miejscu drugiego znajdowała się trójkątna przepaska i tylko sam demon wiedział, co się pod nią ukrywało.
– Nie denerwuj mnie, Sosenko. Jeżeli nie powiesz mi, że masz już dość, to uznam, że chcesz, bym kontynuował. – Brzmiał spokojnie, w środku jednak cały się gotował.
Ostrzeżenie, czy może raczej groźba, nie pomogły. Cipher, klnąc coś w swoim własnym, demonicznym języku, zerwał się nagle z fotela.
Ile to już trwa? Miesiąc? A może rok? Nie miał pewności, wiedział jedynie, że minęło zdecydowanie zbyt wiele czasu, odkąd ostatni raz słyszał – wtedy jeszcze nieco dziecinny – głos Dippera.

poniedziałek, 31 lipca 2017

(Miniaturka AC) Dzień 5 cz.3 - Wyzwiska

Staram się pod koniec wracać do prawidłowych długości miniaturek. x'D
So... ja nie wiem, czy dobrze prowadzę wewnętrzną przemianę bohatera, staram się jak mogę, mam nadzieję, że coś niecoś mi wychodzi. x'D
No, jeszcze tylko dzień szósty i siódmy przed nami. Miniaturek zostało... chyba sześć. Naprawdę będę tęsknić za tą serią, miałam mnóstwo radości pisząc ją. ;-;
No nic, życzę miłego czytania! :)

***


Altaïr już ponad pół godziny błąkał się po rynku i próbował znaleźć przekupkę, która posiadałaby interesujący go towar i byłaby skłonna sprzedać go za rozsądną cenę.
Jedynym problemem było to, że zabójca ni jak nie wiedział, czego dokładnie powinien szukać. Malik powiedział: „Idź i znajdź coś, co wywabi atrament!”. Szkoda, że nie podał jakiejś konkretnej nazwy, bo Ibn-La’Ahad kompletnie się na tym nie znał. A jak kupi coś kompletnie bezużytecznego i zmarnuje kasę? Taki obrót sytuacji raczej nie obłaskawiłby Malika.
Choć, szczerze mówiąc, nowicjuszowi wydawało się, że rafiq nie ma mu tego za złe. Nawet pożyczył kochankowi swój płaszcz, żeby mógł ukryć pod nim broń i skrępowaną rękę. Dłuższe przebywanie na małym obszarze, jakim był plac ze stoiskami, z pewnością skończyłby się spotkaniem jakiegoś patrolu strażników. A ci nie mieliby litości, gdyby go rozpoznali i o ile w normalnych okolicznościach Altaïr zwyczajnie pozabijałby agresorów, albo im uciekł, o tyle teraz, z niepełnym zestawem kończyn, mógłby mieć spory problem w bardziej wymagającym starciu.
No i wciąż bolał go tyłek. O ile wstanie z poduch i podejście do biurka zarządcy było banalne, bo mimo wszystko Al-Sayf zadbał, by nie zrobić krzywdy swojemu partnerowi, o tyle błąkanie się w tą i z powrotem sprawiało, że asasyn po dłuższym czasie zaczął odczuwać dyskomfort.
– Przepraszam, miałby pan…? – zaczął rozmowę z kolejnym straganiarzem, wskazując przy tym pokaźną plamę na swoim kapturze.
– Spieprzaj stąd – odburknął facet, odganiając go ręką. – Nie zajmuj kolejki! Mam tu o wiele więcej innych klientów!
Zdegradowany mistrz uniósł brwi i zamrugał zaskoczony. Zamurowało go.
– Co proszę…? – Miał nikłą nadzieję, że się przesłyszał.
– Gówno! Kalek nie obsługuję! Ostatnio jakaś larwa bez jednej dłoni upuściła świeży arbuz i nie chciała płacić za zmarnowany owoc. Nie stać mnie na takie straty, spadaj stąd, bo zawołam straż! – zagroził.

wtorek, 18 lipca 2017

Miesiąc 1

I tak po... kij wie ilu miesiącach, w końcu wpada pierwszy rozdział opowiadanka z Inkiem i Errorem. x'D
Jakby ktoś jeszcze nie wiedział - opko jest w wersji HUMANTALE, więc szkielety są tutaj przedstawione jako ludzie, w dodatku pewne fakty pozmieniałam na potrzeby opowiadanka, więc nie wszystko może się tu zgadzać z kanonicznymi wersjami.
Do tego warto coś sobie wyjaśnić, bo ktoś mnie już o to zapytał: Error mówi tutaj "normalnie", znaczy się nie w... zglitchowany sposób, że tak to ujmę, bo tworzenie kwestii w taki sposób strasznie mi przeszkadza, zarówno w czytaniu, jak i w pisaniu. Poważnie, ilekroć zerkam na ff z tą parą, drażnią mnie dialogi z Errorem, w których słowa co rusz mają jakieś "usterki". Ja wiem, że to jest urok naszego Błędzika, ale o ile w dubbingach komiksów taki zabieg brzmi cudnie, o tyle wizualnie jest to dla mnie udręka, dlatego... wybaczcie, ale u mnie jego wypowiedzi będą zapisywane bez bugów.
No, nie przedłużając - zapraszam do czytania!

***

Error wziął głęboki wdech i położył dłoń na klamce.
Chwila. Może nie powinien jeszcze tam wchodzić?
– Sir, za przeproszeniem, wszyscy czekają już tylko na pana… – wtrącił stojący tuż obok niego, Mroczny Papyrus – jeden z wielu żołnierzy armii Nightmare’a. Ten tutaj miał najwyraźniej pecha, bo jego pan przerobił go na lokaja, tym samym dożywotnio zwalniając ze służby.
Nie ma co się dziwić, przywódca ich szajki strzelił sobie tak potężne zamczysko, że bez wykwalifikowanej służby coś by się tutaj jeszcze zalęgło.
Swoją drogą, Niszczycielowi naprawdę imponowało, że szef był w stanie stworzyć na raz aż tylu wojowników, utrzymywać ich przy „życiu” w ani trochę niedeformującym się ciele, a do tego wyglądał na zupełnie odprężonego, jakby wcale a wcale nie sprawiało mu to trudności.
Error czuł, że najprawdopodobniej nikt z ich gangu nie poznał jeszcze pełnej potęgi przywódcy. I to martwiło go najbardziej.
Dobra, raz kozie śmierć. Serce miał w żołądku, płuca w gardle, ale to nic. Wejdzie do tej sali i będzie się zachowywał swobodnie, bez grama hafefobicznych lęków, czy jakichkolwiek innych oznak zaniepokojenia.
Jedynie na lidera powinien uważać. Facet tu rządził, był cholernie silny i jeżeli Error palnąłby przy nim coś głupiego, to jego głowa wróciłaby do domu bez tułowia, który Nightmare najpewniej powiesiłby sobie nad kominkiem.
Oddech.
Wszedł do środka.
W sali nie było nic oprócz długiego, suto zastawionego stołu, przy którym siedzieli wszyscy ci, których Niszczyciel od pewnego czasu zmuszony był nazywać „sojusznikami”. Panujący wokół mrok zdawał się nikomu nie przeszkadzać.
Na honorowym miejscu spoczął oczywiście szanowny gospodarz, a tuż obok niego, Cross. Miejsce po lewej stronie Nightmare’a było puste, Error śmiał więc sądzić, że przeznaczone zostało właśnie dla niego.
Hałas i harmider nie ucichł ani trochę, gdy Niszczyciel wszedł do pomieszczenia. Wręcz przeciwnie – nasilił się i tylko delikatny uśmiech lidera podpowiedział mu, by zignorował wątpliwej jakości maniery tej hołoty i zasiadł obok niego.
Cross starał się zignorować obecność nowego gościa, choć wyraźnie mu ona zawadzała. Miał coś do Errora od samego początku.
– Witaj, mój drogi. Jak mniemam, masz mi coś do powiedzenia…? – Z ust Nightmare’a nie schodził oślizgły uśmiech.
Zapewne reszta, obecna na tamtej pamiętnej obławie, zdążyła mu już wszystko wypaplać.
– Tak, mam. W kwestii Inka… – zaczął brunet, ucichł jednak gdy przywódca uniósł dłoń, a ze środka stołu wystrzelił pąk czarnych, smolistych, dziko wijących się macek.
Wszystkie zdawały się być najprawdopodobniej niematerialnymi iluzjami, bo tace z potrawami wciąż stały nietknięte. Trzeba było przyznać, że Imperator nauczył się ostatnimi czasu naprawdę wielu nowych, przydatnych sztuczek.

czwartek, 6 lipca 2017

(Miniaturka AC) Dzień 5 cz.2 - Plama

Iii kolejna miniaturka wpada na blog! Coraz bliżej końca, a rozdziały "Tygodnia" zrobiły się o wiele zbyt długie. Coś mi nie pykło. xux
Mam nadzieję, że w miniaturkach z DMC lepiej mi to wyjdzie. x-x
A, planuję robić na blogu generalne korekty. Wiem, że jest tutaj dość sporo literówek i niekoniecznie przyjemnych dla oka błędów, dlatego postaram się wszystko tak skorygować, by nic was już nie raziło po oczach podczas czytania.
Trzecia sprawa - dla tych, którzy są tutaj WYŁĄCZNIE ze względu na AC. Mam już zaplanowane opko mieszane (z różnych gier), w którym jedne z głównych skrzypiec odegrają postacie z AC. Nieco bardziej uwspółcześnione, bo umieszczone i funkcjonujące w naszych czasach, ale jednak z AC. xux Dlatego nie martwić się, że po zakończeniu miniaturek ta seria umrze na blogu i już nie wróci. Altaïr i Malik nigdy nie uciekną z mojej głowy. ^-^
No i nadal jestem w fazie, kiedy w pisaniu mocno wychodzi ze mnie stres (tak jak wspominałam we wstępie jedenastego rozdziału Przepaści), bohaterowie robią się przez to nieco bardziej w rozmowy i emocje, niż w humor. x-x
No, to nie przedłużam, miłego czytania!

***

– Malik…? – Nowicjusz już niemal kwadrans opierał się łokciem na obdrapanym, drewnianym blacie starego biurka, robiącego za centrum całej pracy zarządcy.
Papiery, pozwolenia, mapy, poczta, zawiadomienia… wszystko, co stanowiło kwintesencję obowiązków rafiqa, lądowało na tym właśnie meblu, by po jakimś czasie zyskać sobie atencję jednorękiego asasyna, który na moment przeinaczał się w stuprocentowego perfekcjonistę, by z największą dokładnością móc wypełnić każdy pojedynczy skrawek pergaminu.
Nie pomijał nic – czytał kilkukrotnie wszystko, co dostarczyły mu gołębie, by po tym nakreślić w odpowiedzi schludne znaki, rzecz jasna odpowiednio zaszyfrowane, na wypadek, gdyby templariusze, bądź zwykli, miejscy strażnicy, przechwycili list.
Jak to możliwe, że te wszystkie dokumenty interesowały go bardziej niż skruszony Altaïr, który mimo bólu w miejscu, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, dzielnie stał naprzeciwko siedzącego przy blacie, Al-Sayfa.
– Malik, cholero jedna, to ja powinienem stroić tu fochy, nie ty! – wyjęczał nowicjusz, rozżalony tą niesprawiedliwością świata.
Oparł się policzkiem na blacie, a po chwili namysłu zdecydował się na nieco śmielszy krok, a mianowicie podkradnięcie kochankowi aktualnie wypisywanego raportu, gdy ten oderwał na moment pióro od powierzchni pergaminu, by umoczyć je w atramencie.
Dopiero wtedy cała uwaga zarządcy skupiła się na, wyjątkowo marudnym tego dnia, kochanku.
– Altaïr, miej litość, nie zachowuj się jak dziecko i mi nie przeszkadzaj. Mam dzisiaj sporo pracy. – Rafiq westchnął ciężko i bez trudu odebrał mu skradziony arkusz.
– Praca i praca, a ja?! – Obruszył się nowicjusz.
– A ty marudzisz. I to więcej niż zwykle – śmiał zauważyć zarządca, wracając do starannego kreślenia znaków na pergaminie, mimo że Altaïr mocno utrudniał mu tę czynność swoim gadulstwem. Nie mógł się skupić.
– A ty strzelasz fochy – usłyszał po chwili urażony głos kochanka, mocno stłumiony przez to, że mężczyzna postanowił przytulić twarzą blat jego biurka.
– I trudno. Ja z fochami, ty marudny. Żeśmy się dobrali. – Delikatny uśmiech wkradł się na usta Malika, niszcząc iluzję bezwzględnej powagi, jaką próbował wokół siebie stworzyć.
– Fakt. Ale wiesz co? Fochy i marudzenie chyba się dopełniają, nie? – Altaïr podchwycił zmianę nastroju kalekiego zabójcy i momentalnie zmienił taktykę. Te przepychanki nawet go bawiły, a w dodatku był w stanie zbudować sobie nimi grunt pod mały flirt.
– Być może, kochany, być może. – Zarządca odłożył pióro, poczekał chwilę aż wszystko wyschnie, po czym zwinął pergamin w ciasny rulonik i całkiem sprawnie obwiązał go sznurkiem. – Swoją drogą muszę przyznać, że dziwi mnie to, jak spokojnie odreagowujesz wczorajszą sytuację. Dość… dojrzała postawa, jak na ciebie. Choć mógłbyś darować sobie to całe jęczenie – przyznał po chwili milczenia, najwyraźniej będąc w pewien sposób dumnym z zachowania swojego partnera.
– Daj spokój, przecież rozumiem, że też jesteś facetem. Chyba trochę nie fair było z mojej strony wymagać odgrywania wciąż tych samych ról… no, sam rozumiesz. – Nowicjusz, mimo chęci, nie do końca potrafił ubrać w słowa wszystko, co chodziło mu po głowie. A wzrok zszokowanego Al-Sayfa ani trochę nie pomagał mu w skupieniu się. – Weź tak na mnie nie patrz, przygotowywałem sobie tę kwestię od bladego świtu, tylko nie byłem pewny, kiedy będę mógł ją zgrabnie wtrącić w dyskusję! – burknął, nieco speszony.
– Ty i zgrabne wtrącanie mądrych myśli? To może ja częściej będę na górze, co? – Właściciel biura parsknął śmiechem, nie mogąc uwierzyć, że takie słowa padły z ust jego kochanka.
Abstrakcją wydawało mu się do tej pory, by Ibn-La’Ahad potrafił myśleć – jak na dorosłego człowieka przystało – o uczuciach i potrzebach innych, a nie tylko o tym, jak tu zaruchać.
Sięgnął ręką do stosiku liścików i świstków, które musiał przeczytać i odpowiedzieć na każdy z osobna. Spodziewał się kolejnego powiadomienia o zmierzającym do niego młodziku, zdziwił się więc na widok nieco wygniecionej, ubrudzonej koperty, zdecydowanie nie wysłanej do niego z Masjafu, ani innych biur. Zero pieczęci, miniaturowego, tajnego kodu na boku, nic.
Otworzył ją, wyjął ze środka spory kawałek pergaminu i zaczął czytać.
– Bardzo zabawne! Powinieneś…! – Bunt i Altaïrowe oburzenie prędko ustąpiło czujności, gdy jego partner zaczął czytać podejrzaną wiadomość, której treść pochłonęła go na tyle, że serio przestał go słuchać.