– Ałć!
Cholera by to…! – zaklął Altaïr, kiedy po raz kolejny jego policzek
przyozdobiła cienka, czerwona kreska.
Mężczyzna
siedział u Malika od tygodnia, nie dziwnym było, że zdążył przez ten czas lekko
zarosnąć i w końcu nadszedł dzień, w którym wziął do ręki brzytwę. Problemem
był fakt, że musiał się golić jedną ręką, siedząc przy niskim stoliku w biurze,
a to akurat nie było zbyt wygodne.
– Nie
żebym się wtrącał, ale może jednak ci z tym pomogę, co? – odezwał się Malik,
bez entuzjazmu przeglądając zalegające na biurku papierzyska. Zakład swoją
drogą, ale on naprawdę wolał, żeby Altaïr nie wydłubał sobie oka przez swoją upartość.
– A
czy ja wyglądam, jakbym sobie nie radził? Podpowiem ci: radzę sobie. Doskonale
sobie, cholera, radzę! A tych kilka zacięć to celowo zrobiłem, blizny są
męskie… – burknął z poirytowaniem zdegradowany mistrz, opłukując brzytwę w
misie z wodą.
– Ciesz
się, że Nasir już wyszedł – mruknął Al-Sayf, zgarniając kilka świstków i
chowając je pod blat. – Dzieciak najpewniej pomógłby ci siłą i upierdolił pół
twarzy, żeby zachować sobie na pamiątkę.
– Taaa...
ten młodzik momentami serio mnie niepokoi. I jest upierdliwy.
– Dziwisz
się? Pobawiłeś się jego uczuciami, to teraz nie oczekuj, że bez wyjaśnień da ci
spokój – uzmysłowił mu rafiq.
– Ale
co ja mu mam wyjaśniać? Raczej zdążył przyuważyć, że jestem z tobą. Sam
mówiłeś, że przez moje zachowanie chyba WSZYSCY zdążyli już to zauważyć! Poza
Al Mualimem.
– Altaïr,
cholera jasna! Postaw się na jego miejscu: dzieciak przyszedł do biura, spotkał
swojego idola, który jawnie i okazał mu atencję zarówno za pierwszym, jak i za
drugim razem! Może faktycznie sporo osób
już o nas wie, ale plotki plotkami, a fakty są takie, że nie zważając na mnie,
zaczynałeś się do niego przystawiać. Młody odebrał to po swojemu i teraz, jako
odpowiedzialny dorosły, powinieneś przy najbliższej okazji wszystko mu wyjaśnić
– zadecydował zarządca.
– Dobra,
dobra, jak wróci, to z nim pogadam i trochę utemperuję, bo może faktycznie
sytuacja jest za bardzo… no po prostu ZA BARDZO. – Zdegradowany mistrz wytarł dopiero
co ogoloną twarz w jakąś względnie czystą szmatę i na próbę przejechał sobie
dłonią po policzku, z zadowoleniem stwierdzając, że w końcu udało mu się
uzyskać ten poziom gładkości, na który liczył. Co prawda rany po zacięciach
piekły jak jasna cholera, z jednej ciągle wyciekały pojedyncze kropelki krwi,
ale nie ma wojny bez ofiar, prawda? – I co myślisz? – zapytał swojego partnera,
obracając się do niego przodem.