piątek, 8 czerwca 2018

(Miniaturka AC) Dzień 7 cz.2 - Jeden jedyny

Przedostatnia miniaturka, za tydzień kończymy tą serię. QWQ
Miłego czytania życzę!

***

Nadal poddenerwowany Malik czym prędzej zabrał się za zalegające mu na biurku papierzyska, usilnie starając się ignorować ból w dolnej części pleców. Że też się nie pospieszył i nie posegregował ich sobie wcześniej! Musiał się Altaïr napatoczyć, musiał go zbajerować i oczywiście musiał go odciągnąć od pra…! Stop. Nieważne jak Al-Sayf nie próbowałby zrzucać winy na kochanka, tym razem to on sam chciał odpocząć od papierkowej roboty i nieco się zabawić.
A teraz za to płacił. Bolącym tyłkiem, górą nieposortowanych rozkazów i trzema gołębiami na blacie, niosącymi przy nóżkach kilka nowych świstków. Skąd ich dzisiaj aż tyle?
– Pokój i bezpieczeństwo z tob-PRZEKLĘTE PTAKI! – Wchodzący do biura informator o mało nie spadł z krawędzi świetlika, kiedy jakiś zdeterminowany gołąb postanowił wlecieć do środka w tym samym momencie co on i jak na złość wpaść prosto na jego twarz.
Zwierzę się zestresowało, ale ostatecznie wylądowało bezpiecznie na posadzce, podobnie jak mężczyzna, który po wypluciu kilku piór zręcznie wskoczył do biura.
– Pokój i bezpieczeństwo – odparł rutynowo zarządca, całe zajście komentując rozbawionym uśmiechem na ustach.
Informator otrzepał szaty, spojrzał z wrogością na zalegającego tuż obok jego nogi, ptaka, a ostatecznie zdecydował się go delikatnie podnieść i przenieść na Malikowe biurko, by dołączył do reszty posilających się, pierzastych listonoszów.
– Sporo ich – zauważył nowoprzybyły, rzucając krótkie spojrzenie na stadko gołębi, w międzyczasie otwierając swoją torbę i wyjmując z niej całą garść mniej i bardziej zniszczonych papierzysk. – Mam kilka ważnych informacji odnośnie zmian w nocnych patrolach, tu zapiski o tym podejrzanym typku z północnej części centralnej dzielnicy, tutaj zaznaczyłem panu na szkicu miejsca, w których często stawiają straże… – wyliczał, pokazując Al-Sayfowi z osobna każdy arkusz pergaminu. – A tu, – na sam koniec wyjął z torby obwiązany sznurkiem, zapieczętowany rulonik – tu są rozkazy dla mistrza Altaïra od Al Mualima. Mentor chce go jak najszybciej widzieć z powrotem w Masjafie.

piątek, 1 czerwca 2018

(Miniaturka AC) Dzień 7 cz.1 - Kocham

No, ostatnie trzy miniaturki mam już napisane, będę je publikować równo co tydzień. :)
Życzę miłego czytania!

***

– Ałć! Cholera by to…! – zaklął Altaïr, kiedy po raz kolejny jego policzek przyozdobiła cienka, czerwona kreska.
Mężczyzna siedział u Malika od tygodnia, nie dziwnym było, że zdążył przez ten czas lekko zarosnąć i w końcu nadszedł dzień, w którym wziął do ręki brzytwę. Problemem był fakt, że musiał się golić jedną ręką, siedząc przy niskim stoliku w biurze, a to akurat nie było zbyt wygodne.
– Nie żebym się wtrącał, ale może jednak ci z tym pomogę, co? – odezwał się Malik, bez entuzjazmu przeglądając zalegające na biurku papierzyska. Zakład swoją drogą, ale on naprawdę wolał, żeby Altaïr nie wydłubał sobie oka przez swoją upartość.
– A czy ja wyglądam, jakbym sobie nie radził? Podpowiem ci: radzę sobie. Doskonale sobie, cholera, radzę! A tych kilka zacięć to celowo zrobiłem, blizny są męskie… – burknął z poirytowaniem zdegradowany mistrz, opłukując brzytwę w misie z wodą.
– Ciesz się, że Nasir już wyszedł – mruknął Al-Sayf, zgarniając kilka świstków i chowając je pod blat. – Dzieciak najpewniej pomógłby ci siłą i upierdolił pół twarzy, żeby zachować sobie na pamiątkę.
– Taaa... ten młodzik momentami serio mnie niepokoi. I jest upierdliwy.
– Dziwisz się? Pobawiłeś się jego uczuciami, to teraz nie oczekuj, że bez wyjaśnień da ci spokój – uzmysłowił mu rafiq.
– Ale co ja mu mam wyjaśniać? Raczej zdążył przyuważyć, że jestem z tobą. Sam mówiłeś, że przez moje zachowanie chyba WSZYSCY zdążyli już to zauważyć! Poza Al Mualimem.
– Altaïr, cholera jasna! Postaw się na jego miejscu: dzieciak przyszedł do biura, spotkał swojego idola, który jawnie i okazał mu atencję zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem! Może  faktycznie sporo osób już o nas wie, ale plotki plotkami, a fakty są takie, że nie zważając na mnie, zaczynałeś się do niego przystawiać. Młody odebrał to po swojemu i teraz, jako odpowiedzialny dorosły, powinieneś przy najbliższej okazji wszystko mu wyjaśnić – zadecydował zarządca.
– Dobra, dobra, jak wróci, to z nim pogadam i trochę utemperuję, bo może faktycznie sytuacja jest za bardzo… no po prostu ZA BARDZO. – Zdegradowany mistrz wytarł dopiero co ogoloną twarz w jakąś względnie czystą szmatę i na próbę przejechał sobie dłonią po policzku, z zadowoleniem stwierdzając, że w końcu udało mu się uzyskać ten poziom gładkości, na który liczył. Co prawda rany po zacięciach piekły jak jasna cholera, z jednej ciągle wyciekały pojedyncze kropelki krwi, ale nie ma wojny bez ofiar, prawda? – I co myślisz? – zapytał swojego partnera, obracając się do niego przodem.

czwartek, 5 kwietnia 2018

(Miniaturka AC) Dzień 6 cz.3 - Gość

Ależ ja ostatnio zmulam, wydaje mi się, jakby minęła ledwie chwila, a tu proszę - kilka miechów odkąd wyszła ostatnia miniaturka. xux Staram się jakoś rozruszać i pisać szybciej, bo serio bym chciała, ale coś mi nie wychodzi. xux
No, w każdym razie życzę miłego czytania! ^ ^

***

– Nie, idioto, nie będziesz spał na dworze! – Malik powoli zaczynał tracić cierpliwość do swojego kochanka.
A nie, poprawka. Stracił ją już dawno temu, obecnie walczył sam ze sobą, żeby nie dać temu kretynowi po ryju.
– A co, kotku, martwisz się o mnie? – Ibn-La’Ahad bez krępacji usiadł sobie na blacie biurka, obserwując z góry jak rafiq przegląda stosy papierzysk, najwyraźniej czegoś wśród nich szukając.
– Bardziej niż o ciebie, martwię się o swoją robotę – stwierdził bez wahania zarządca. – Biorąc pod uwagę, ile wycierpiałem w tym biurze, a warto tu dodać, że procentowo ponad połowa tego cierpienia zaistniała z twojej winy, to naprawdę głupio bym się poczuł, gdyby zwolnili mnie z tego stanowiska, bo zasnąłeś na środku drogi i potknął się o ciebie jakiś przypadkowy templariusz. – Al-Sayf znalazł w końcu czego szukał i ułożył wszystkie potrzebne papiery na blacie, równiutko przy samej ścianie, starając się ignorować zalegającego mu na biurku, asasyna.
– Zaraz na środku drogi; znalazłbym sobie jakiś pusty ogród na dachu, czy coś w tym rodzaju. Przecież nie jestem dzieckiem, by nie umieć ogarnąć sobie miejsca do spania, nie przesadzaj. No, a przy okazji byłaby szansa, że udałoby mi się nie spotkać z tym młodym… – dodał nieco ciszej.
– Ucieczka od problemów to twój ulubiony sport, co? – Malik wywrócił oczami, zgarniając spod blatu kilka większych zwojów i odkładając je na regał za sobą.
– Od ciebie nie uciekłem – odezwał się nowicjusz, o dziwo brzmiąc całkiem poważnie.
Malik zatrzymał się z tym co robił i obrócił przez ramię, zerkając na Altaïra.
– Jestem dla ciebie problemem…? – zapytał po chwili wahania, nagle uderzony tym faktem.
Czy naprawdę był dla swojego partnera tylko ciężarem? Kaleką zrzędą, z którą wciąż się zadaje z kaprysu, a nie faktycznego uczucia?
– Oczywiście, że jesteś – przytaknął mu zabójca.
Al-Sayf przygryzł dolną wargę i spuścił wzrok. Wręcz go zmroziło na te słowa, tym bardziej, że Altaïr wypowiedział je tak naturalnie, jakby sądził, że zarządca miał tego świadomość. Malik starał się to przemilczeć i zachować nagłą falę emocji, jaka w jednej chwili zalała cały jego umysł, tylko dla siebie.

poniedziałek, 19 marca 2018

Rozdział 12: Początek i koniec

Łał... ostro z tą "Przepaścią" zmuliłam, co nie?
Mocno nie umiałam złożyć tego, co kłębiło mi się w głowie, we w miarę spójną całość. No, ale w końcu gorsze dni nieco ustąpiły, a ze mnie wylało się to... nie wiem, jak to nazwać. Zakończenie pierwszego sezonu? Pierwszej księgi? No, nieważne, w każdym razie jest to meta pewnego etapu w życiu głównego bohatera, ALE nie zakończenie całego opowiadanka, w końcu tytułowa przepaść wciąż nie została pokonana. ^ ^
W kwestii sceny, w której bohaterowie grają w "Pytanie czy wyzwanie?" - zadania i pytania zostały zaczerpnięte z realnej aplikacji "Erotyczna prawda czy wyzwanie", jeżeli kogoś by to interesowało. xD
Przed zaczęciem pisania tego wstępu miałam kłębowisko myśli w głowie, ale teraz jakoś nie wiem, co więcej powiedzieć, także... miłego czytania życzę! :)

***

Od pierwszego dnia znajomości, moje relacje ze Springiem chwiały się na wysokich falach opisanych jako: „nienawiść”, „zażenowanie”, „politowanie” i okazjonalnie „ruchanie”. Rany, nasze życie zaczęło się zmieniać w stereotypowe problemy nadpobudliwych nastolatek, takich z przygłupich programów dla dorastających księżniczek. Nie mogłem powiedzieć, że kiedykolwiek było między nami naprawdę zarąbiście; zaliczaliśmy wzloty i upadki, do tego dałem się wkręcić w ten cały niezobowiązujący seks, przez który ostatecznie wylądowaliśmy w sytuacji bez wyjścia. Domagałem się czegoś, czego Spring za nic nie chciał mi dać – związku, stałości, zapewnienia, że to wszystko nie jest tylko na chwilę.
Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że zamieniłem się w sentymentalnego dekla, któremu nagle zaczęło zależeć, ale co poradzić? Serce nie sługa, dupę sobie wybierze i za nią będzie gonić.
Wyjąłem z szafki maszynkę i delikatnie przyciąłem nią kilka dłuższych włosków na mojej starannie wymodelowanej bródce. Idealnie. Perfekcyjnie wręcz! Raz w roku mogę się odpizdrzyć, tym bardziej, że załoga postanowiła wyprawić mi łączone urodzinki i zadbała o zorganizowanie całej imprezki z tej okazji. Słabo by było wpaść na nią w szlafroku i kapciach, bo – mimo tego, co myśli o mnie Spring – jakąś godność mam.
– Nie wysilaj się, nieważne ile godzin będziesz stał przed tym lustrem, krzywego ryja nie naprawisz – usłyszałem jadowity głos Złotka. O wilku mowa, ten to zawsze musi się zjawić w krytycznym momencie, żeby mnie dobić.
Blondyn stał w drzwiach i z wyraźnym zniecierpliwieniem czekał, aż wyjdę. Nie ma tak dobrze, jak wojna to na całego. Postanowiłem wytoczyć ciężką artylerię i odpowiedzieć Chuckiem Norrisem na ogień. To znaczy – olać Springa i złośliwie zacząć się pizdrzyć przed tym lustrem, jak rasowa, żywa Barbie.
O ile pierwsze pół minuty blondasek przetrzymał to spokojnie, o tyle po tych trzydziestu sekundach stwierdził, że zrobi to samo, co ja. Będzie udawał, że pan Bonnie Cepowski nie istnieje, a skoro tak, to nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby wszedł do środka i jakby nigdy nic zaczął się przede mną obnażać, chcąc wziąć szybki prysznic.
Tak, zostałem ochrzczony Cepowskim, po tym jak zeszłego wieczoru wywiązała się dyskusja o budowie cepa. Dużo się o sobie podczas tamtej rozmowy dowiedziałem, szczególnie zapadł mi w pamięć fakt, że taki zwyczajowy Cepowski składa się z fiuta, czarnej dziury w zastępstwie żołądka i worka treningowego w miejscu twarzy, z którego co jakiś czas wydaje niezidentyfikowane odgłosy, będące najpewniej prośbami o szybkie zakończenie jego marnej egzystencji.
Jak tak teraz o tym myślę, to powinienem był przyjebać Springowi za te obelgi; a nuż zamknąłby śliczną buźkę i nie otwierał jej aż do mojego pogrzebu.
Ostatecznie stwierdziłem, że nie ma co tracić nerwów, w dodatku tuż przed imprezką, olałem wszelkie zamierzone i niezamierzone zaczepki ze strony blondyna i pognałem do sypialni w poszukiwaniu jakiejś czystszej koszulki, bo odkryłem, że mam upierdolony rękaw.
Po ogarnięciu garderoby w równie szybkim tempie przemieściłem się do drzwi wyjściowych i po włożeniu butów oraz kurtki, jak strzała wypadłem z mieszkania.

środa, 27 grudnia 2017

(Miniaturka AC) Dzień 6 cz.2 - Mapa

Nie mam pojęcia, czemu ta miniaturka wyszła taka długa... *Specjalnie wzięła mało wymagający temat na tą część, żeby zmieścić się w tysiącu słów. Nie wyszło, prawie dobiła do trzech tysięcy*.
No, w każdym razie: wow, po ponad miesiącu w końcu coś wrzucam po oneshocie! Serio chciałabym pisać więcej i szybciej, ale coś ostatnio przyszły niezbyt dobre dni, siadam do kompa, włączam Worda i przez godzinę siedzę przy nim sfrustrowana, ledwo będąc w stanie napisać przez ten czas jeden akapit. Z serii: chcieć, a nie móc. x'D
Miniaturek zostało nam niewiele, bo ledwie cztery, chyba czas zacząć wielkie odliczanie do końca... mocno smutek, przyzwyczaiłam się do tej serii. qwq Temat może i oklepany, miniaturki wychodzą za długie i ostatnio nieco w nich przynudzam, ale jednak były ze mną od - tu się naprawdę zaskoczyłam - listopada 2015 roku. Prawie tyle samo, co Przepaść. QWQ
Nie przedłużam i miłego czytania życzę! :)

***

Gdy tylko zarządca otworzył świetlik, do środka biura, z głośnym trzepotem skrzydeł, wleciały dwa białe gołębie. Dzielne ptaki przez niemal godzinę siedziały na dachu pobliskiego budynku, czekając cierpliwie, aż templariusze odejdą i rafiq będzie mógł je wpuścić.
Niestety tym razem ci mali posłańcy nie przynosili zbyt dobrych wieści.
– Altaïr, pamiętasz może tego dzieciaka, którego kilka dni temu próbowałeś wykorzystać do swojego niecnego planu wzbudzenia we mnie zazdrości i zaciągnięcia do łóżka? – zapytał Malik, odkładając krótki list z Masjafu na bok i sięgając po mały woreczek z ziarnem dla gołębi.
– Nie mam pojęcia o czym mówisz, kotku. Gdzieżbym śmiał w tak nieodpowiedzialny i dziecinny sposób próbować przekonać cię do stosunku! – odparł z oburzeniem nowicjusz, zbyt zajęty czyszczeniem swoich noży i miecza, by uraczyć Al-Sayfa choćby przelotnym spojrzeniem.
Miewał takie małe napady pedantyzmu względem swojego oręża, nie dziwne więc, że jak się godzinę temu dorwał, tak do tej pory zawzięcie pucował ostrza.
– Miałbym wiele do powiedzenia w tym temacie, ale nie o to chodzi, poważnie pytam, czy kojarzysz młodzika, bo wieczorem do nas wpadnie. Nazywa się Nasir i zahaczy o Jerozolimę, na szczęście na krótko, ma tutaj tylko jeden cel do zlikwidowania, więc przyjdzie prosić o zgodę, wykończy kogo trzeba, prześpi się tutaj i z rana ruszy dalej – poinformował zarządca, skrobiąc piórem, na niewielkim skrawku pergaminu, wiadomości zwrotne do Masjafu. – Mam nadzieję, że nie jest to dla ciebie jakiś wielki problem? – Rafiq zerknął kątem oka na swojego kochanka, trafnie przeczuwając, że Altaïr nie będzie zachwycony obecnością gościa.
– Ale jak to zostanie na noc…? – Asasyn momentalnie przerwał wszelkie wykonywane właśnie czynności i posłał swojemu partnerowi niedowierzające spojrzenie zranionej orki. – Przecież tę noc mieliśmy mieć tylko dla siebie!
– Mieliśmy, ale to było zanim odebrałem spóźnioną pocztę z Masjafu i dowiedziałem się, że ktoś jednak dzisiaj do biura zawita – wyjaśnił, kończąc pisać i po zwinięciu owych zaszyfrowanych wiadomości w ciasne ruloniki, począł umocowywać je do nóżek posilających się ptaków.
Na krótki moment w biurze zrobiło się niemal kompletnie cicho, słychać było jedynie uderzanie małych dziobków o drewniany blat. Rzecz jasna Altaïr nie pozwolił Al-Sayfowi napawać się względnym spokojem zbyt długo i gdy tylko rafiq uporał się z przyczepieniem małych zwitków, zaczął rozmowę.

piątek, 24 listopada 2017

Dragon Age oneshot - Przeczytaj to

Nieco zamulam ostatnio z życiem, co nie? xux No nic, piszę tak szybko, jak jestem w stanie, także do wszystkich wątpiących: blog nie umarł i nie umrze, a jeżeli już, to na pewno bym o tym powiadomiła jakimś osobnym postem, a nie ot tak urwała i bez echa przestała tworzyć. xD
Miałam pisać "Przepaść", wiem o tym, rozdział dwunasty powoli się produkuje, ale ten oneshot po prostu musiał się pojawić. Coś mnie dźgnęło prosto w serducho, że przez te dwa lata ani razu nic z Dragon Age tu nie wrzuciłam, a przecież kocham tę grę jak jasna cholera. qwq Dlatego też, w hołdzie dla jednej z moich ulubionych par, napisałam właśnie to.
Z góry uprzedzam, że "Przeczytaj to" nie obfituje w seks, a w drobną fabułkę i delikatne czułostki Fenrisa i Hawke'a. Oczywiście mam plany na ostrzejsze teksty z udziałem tej dwójki, jednak na ich stworzenie potrzebuję nieco czasu i nastroju, jako że poruszanie tematu traumy Fenrisa, jaką ten zapewne ma po zgwałceniu przez Danariusa (w Tevinterze homoseksualizm wśród niewolników jest rzeczą pożądaną, nie uwierzę, że Magister sobie na nim nie używał), jest dość trudne. Ogólnie w tym shocie mamy delikatną, dość subtelną relację Leto z Czempionem, nieśmiałą wręcz.
Dodatkowo radzę, byście zerknęli w spisie treści na dopisane przeze mnie uwagi pod tym oneshotem, by nikt nie miał wątpliwości co do klasy Garretta i stanu świata.
No, miłego czytania życzę! :)

***

– Nie to, żebym się czepiał, Hawke, ale mogłeś wziąć z nami swojego kochasia – odezwał się Varric, gdy tylko weszli wraz z Czempionem do środka starej, zaniedbanej kopalni. Jego głos rozniósł się echem po tunelach, przyprawiając zlęknionych, stojących dosłownie kilka kroków za nimi, górników, o ciarki na plecach.
– Daj spokój, chyba nie powiesz mi, że się boisz? – Garrett posłał przyjacielowi ten swój słynny, łobuzerski uśmieszek, po czym obrócił się przez ramię i niemo zapytał pracowników kopalni, w którą stronę do smoczego leża, będącego celem ich zlecenia.
– Pójdziesz, panie, następnym korytarzem w lewo, po schodach w dół i tam zaraz drzwi będą, za nimi jest główne gniazdo – poinstruował ich jeden z najstarszych mężczyzn w grupie.
– I jesteście pewni, że smoczyca nie żyje…? – dopytał krasnolud, z wyczuwalną obawą w głosie.
– Varric się boi! – parsknął Garrett, za co dostał lekkiego kuksańca w udo, czyli na wysokości łokcia Tethrasa.
– Na sto procent pewni! – potwierdził stojący najbliżej nich, górnik. – Będzie dwa dni, jak zawalił się korytarz, w którym ta gadzina spała. Zostały tylko jej dzieci; widzieliśmy, że miała jeden miot, więc wszystkie są mniej więcej w tym samym wieku, ot podrostki, jeszcze bez skrzydeł.
– Słyszałeś? Nie ma się czego obawiać, to tylko kilka malutkich smoczątek, przepłoszymy je albo wybijemy w maksymalnie pół godziny! – Hawke poklepał przyjaciela po ramieniu i ruszył we wcześniej wskazanym mu kierunku.
– Nadal nie jestem pewien, czy to dobry pomysł… mam złe przeczucia. – Pisarz pokręcił z dezaprobatą głową. Garrett któregoś razu dostanie za swoje, jeżeli dalej będzie się tak puszył.
Krasnolud odebrał od górników pochodnię, którą podał Czempionowi po dogonieniu go, wszak to on prowadził.
Odnalezienie miejsca, gdzie znajdowało się leże, nie zajęło im dużo czasu, choć gdyby nie fakt, że Garrett dwa razy skręcił w zły tunel, z pewnością trafiliby do niego o wiele szybciej.
Na całe szczęście w suficie pomieszczenia, gdzie przebywały młode smoki, była wybita olbrzymia dziura; ich (świętej pamięci) matka zrobiła ją zapewne po to, by bez problemu wylatywać z gniazda i znosić swoim dzieciom jedzenie. A skoro w suficie mieli prymitywny świetlik, dodatkowe źródło światła nie było dłużej potrzebne, dlatego właśnie Czempion wyrzucił pochodnię.
– Robimy tak: ja je zwabiam na środek, ty zostajesz tutaj i strzelasz do każdego smoczyska, które będzie próbowało zajść mnie od tyłu. Po prostu chroń mi plecy, dobra? Jeżeli się uda, spróbujemy jak najwięcej z nich wypłoszyć z kopalni tylnym wyjściem, są za urocze, żebym ot tak je pozabijał, mając możliwość uratowania ich – zarządził Hawke, wyginając rękę w tył i wyciągając z tkwiącej na plecach pochwy, pokaźny miecz o bardzo szerokim ostrzu.
– Ty i te twoje dziwne upodobania… – Tethras uśmiechnął się z rozbawieniem i przygotował Biankę, czekając, aż lider zacznie przedstawienie.
Większość smocząt akurat spała, reszta zaś bawiła się ze sobą radośnie. Były za małe na wykazywanie się tak wielką czujnością, jak podrośnięte gady, nie dziwne więc, że zaprzestały pląsów dopiero w momencie, gdy Bohater stanął między nimi i zagwizdał głośno, zwracając tym samym uwagę zaciekawionych maluchów.
– No dobra, dzieciaczki, spokojnie opuścicie teren kopalni, a nie stanie się wam… – urwał, gdy jeden z młodych smoków, początkowo nie wykazujący żadnych oznak agresji, postanowił skoczyć mu na twarz. – Kurwa mać! – zaklął szpetnie, blokując gada płazem ostrza i odpychając z mocą w tył.

piątek, 6 października 2017

(Miniaturka AC) Dzień 6 cz.1 - Ryzyko

Znowu mnie trochu nie było, przerwa trwała... no, będzie ze dwa miesiące. Skupiłam się na korekcie starszych rozdziałów na blogu (mam nadzieję, że nie wyglądają już aż tak tragicznie i nie straszą błędami), zajęło mi to cholernie długo, bo w międzyczasie taki leń mnie dopadł, że przez ponad dwa tygodnie nie mogłam tego ruszyć, so... no, ale skończyłam je i już wracam do - mam nadzieję, że regularnego - pisania. xD
Miniaturki zaczynają trochu wchodzić w dramat... nie wiem, co ja chcę tym zabiegiem osiągnąć, chyba pokazać, że w Altaïrze coś się zmienia, że Malik zaczyna go inaczej traktować, ogólnie, że ten tydzień spędzony razem nie poszedł w krzaki i coś w nich po sobie pozostawił. W każdym razie, dzisiaj nieco poważniejsza i mniej rozbudowana część, w której poruszyłam kilka istotnych dla mnie kwestii w zakresie przemian bohaterów. Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie, miłego czytania życzę! :)

***

Jerozolimskie biuro asasynów nigdy nie należało do szczególnie głośnych miejsc, co oczywiście nie znaczyło, że opływało w absolutną ciszę. Zawsze dało się w nim słyszeć a to skrobanie pióra na pergaminie, a to gruchanie zmęczonych gołębi pocztowych, a to krzyki kupców z targu, a to znowuż wiecznie rozgadanego Altaïra.
Dziś jednak było inaczej; wszystkie te typowe odgłosy ustąpiły miejsca ciężkim krokom na dachu i wzburzonym rozmowom, stłumionym przez zamknięty świetlik. Nie wyglądało na to, by żołnierze i templariusze – których Altaïr był tak łaskaw tu zwabić – mieli zamiar szybko się ulotnić. Co prawda kilkoro z nich pobiegło przetrząsnąć tę stronę miasta, gdzie – jak sądzili – asasyn im uciekł, znaczna część grupy została jednak w miejscu, w którym trop im się urwał. Czyli pod samym wejściem do biura.
To doprawdy niewiarygodne, że zeszłego wieczoru zdegradowany mistrz był tak zagubiony i przerażony, gdy wtulał się w zarządcę i przepraszał go, choć nawet nie wytłumaczył za co, a rano magicznie mu ta skrucha przeszła, zupełnie jakby nadejście nowego dnia wymazało z niego wszelkie nieegoistyczne uczucia, zostawiając po tym, na swój sposób, uroczym Altaïrze jedynie niewyraźny zarys, zdominowany przez zwykłego Ibn-La’Ahada – tego, który nie widział nic, poza czubkiem swojego zadartego nosa, uważał, że jest jakimś cholernym, niepokonanym Bogiem, a wszelkie popełnione przez niego błędy to zaledwie małe, nieprzewidziane komplikacje w jego absolutnie doskonałych planach.
Rzecz jasna wszystko miało swoje granice i wyglądało na to, że cierpliwość Al-Sayfa właśnie się wyczerpała. Kaleki zabójca na zmianę zerkał to w kierunku pomieszczenia ze świetlikiem, jakby obawiając się, że lada chwila któryś z żołnierzy zdecyduje się zbić szybę i wtargnąć do środka, to znowuż przenosił wzrok na swojego partnera, który obecnie chodził wyznaczonym szlakiem od biurka zarządcy, do przejścia między główną izbą, a tą z wejściem do biura, raz po raz klnąc cicho pod nosem.